• wpisów
    93
  • komentarze
    3
  • wyświetleń
    639

Wpisy na tym blogu

Mateusz Klinowski

Czym jest demokracja? Na pewno nie rządami większości, jak błędnie wyobraża sobie to większość z nas. System polityczny, który ukształtował się w kolejnych latach od przełomowego 1989 roku nazywamy demokracją, czasem dodając do tego przymiotnik “liberalną”, ale nie idzie za tym zrozumienie jej istoty. Widzę to zwłaszcza przeglądając fejsbukowe wpisy moich znajomych – pełne powtórzeń fałszywych wyobrażeń kreowanych przez środowiska partyjne, aby zręcznie mamić swoich wyborców. Im właśnie, moim znajomym z Facebooka, dedykuję cykl krótkich, edukacyjnych wpisów (by nie powiedzieć “pisanek”), które wrzucać będę tu regularnie. Czasy nastały takie, że edukować się trzeba.

Dzisiaj kilka słów o roli większości w demokracji. W wyniku wyborów parlamentarnych w 2015 roku partia o nazwie Prawo i Sprawiedliwość zdobyła większość głosów w Sejmie i samodzielnie utworzyła rząd. Następnie przystąpiono do “reform”, czyli nieprzemyślanego wywracania wszystkiego do góry nogami. Szybko spotkało się to z krytyką środowisk zaniepokojonych skalą psucia państwa. Szczególnie krytykowano odwrót od mechanizmów istotnych dla demokratycznego ustroju: demontaż Trybunału Konstytucyjnego, procesu legislacyjnego (zastąpionego nocnymi głosowaniami niekonsultowanych z nikim ustaw), itd. W oczach części opinii publicznej PiS natychmiast po objęciu władzy przeprowadził “zamach na demokrację”, a przekonanie to legło u podstaw ruchu społecznego o nazwie KOD i innych, podobnych inicjatyw.

Jaka była reakcja rządzących? Premier Beata Szydło i inni prominentni politycy PiS za zamach na demokrację uznali krytykę własnych poczynań. Argumentowano w ten sposób, że nowa władza ma większość, a więc pozwolenie od obywateli (nazywanych dla niepoznaki “suwerenem”, żeby ukryć fakt, iż chodzi o 19% ogółu wyborców) na wprowadzanie dowolnych zmian. Kto to krytykuje, kto tego nie rozumie, ten nie rozumie demokracji i jej zagraża. 

Spora liczba wyborców narrację tę przyjęła za dobrą monetę. Szkopuł w tym, że opiera się ona na błędzie wynikającym z niewiedzy, czym demokracja faktycznie jest. Błąd ten nazywać będziemy ideologią rządów większości.

Otóż, politycy PiS uparcie powtarzają, że: 1) otrzymali mandat do rządzenia i 2) daje im to prawo do swobodnego przemodelowania ustroju państwa i podejmowania dowolnych decyzji. O ile pierwsze z tych stwierdzeń jest prawdziwe (mandat do rządzenia), o tyle drugie z nich z pewnością już nie. Rządzenie w demokracji nie polega bowiem na robieniu przez jakąkolwiek większość tego, co się chce. Demokracja nie zakłada bowiem, że mandat do rządzenia tożsamy jest z wekslem in blanco.

Istotą demokracji są rządy prawa, a nie parlamentarnej większości.

W demokracji władze wyłaniane są w wyborach – cyklicznych, powszechnych, równych i reprezentujących (mniej więcej) preferencje wyborców. Ale to nie wszystko. Demokracja jest możliwa tylko wtedy, kiedy jednocześnie realizuje rządy prawa. O takim państwie – z wyborami i dominującą rolą prawa, mówimy państwo prawa. Czym są owe rządy prawa? To przeciwieństwo ideologii rządów większości. W koncepcji tej zakładamy, że władzę zwierzchnią stanowią obowiązujące przepisy oraz powszechnie akceptowane zasady ich rozumienia i stosowania. Są one nadrzędne dla jakiejkolwiek większości sejmowej, która wyłania się w wyniku wyborów. 

Dzięki wierze w nadrzędną rolę prawa, wola i możliwości sejmowej większości są ograniczone przez rozmaite mechanizmy. Zwykle przy tej okazji wymieniany jest trójpodział władzy – na władzę stanowiącą prawo (parlament), wykonującą je (rząd) oraz kontrolująca pozostałe (sądy). Innym takim mechanizmem jest udział we władzy opozycji, jako partnera w podejmowaniu decyzji. Jeszcze innym konieczność posiadania kwalifikowanej, powiększonej większości do zmieniania przepisów o zasadniczym znaczeniu dla ustroju państwa. Jeszcze innym udział społeczeństwa w podejmowaniu decyzji: w konsultacjach, referendach.

Wszystko to stanowi dzisiaj istotę ustroju zwanego demokracją. Ideolodzy autorytaryzmu przedstawiają często swoje rządy jako lepsze wersje demokracji, ale w nauce panuje zgoda, że bez rządów prawa mówienie o demokracji staje się fasadą. Próbuje tego Putin (rosyjska demokracja suwerenna), identycznych do jego argumentów używa również Kaczyński. To niepokoi szczególnie.

Dlaczego demokracja nie jest możliwa bez rządów prawa?

Skąd bierze się konieczność łączenia demokracji z rządami prawa? Z prostej przyczyny: bez tego demokrację czeka szybki kolaps. Gdyby każda następna większość parlamentarna zaczynała od unieważniania dokonań poprzedniej, cofania reform i wsadzania do więzień przeciwników (PiS niestety idzie właśnie dokładnie w tym kierunku), pojawia się silna pokusa, aby nie tylko nie podejmować żadnych działań (bo w przyszłości zostaną i tak podważone przez następców), ale w ogóle nie przeprowadzać wyborów. Przecież mogą one zagrozić naszej fizycznej egzystencji jako przegranych polityków!

Trzymanie się ustalonych reguł i traktowanie ich jako świętość pozwala politykom wszystkich partii mieć nadzieję, że trzymać się ich będą również następcy. A jeżeli do tego podejmowane przez nas decyzje są wynikiem szerokiego konsensusu (z innymi siłami politycznymi, z obywatelami), nasi następcy nie będą ich unieważniać natychmiast po dojściu do władzy. 

Ot cała tajemnica powabności rządów prawa – opłacają się one politykom. To ideologia samoograniczania się władzy, ktokolwiek będzie ją sprawował. Takie ograniczenie pozwala bowiem nadać sens własnym działaniom w ramach trwającej demokracji. I pozwala mieć nadzieję, że ten polityczny ustrój będzie trwał. 

Ustrój polityczny można porównać do gry, w której większość parlamentarna i opozycja co jakiś czas zmieniają się stronami. Żadna jednak ze stron nie ma prawa zmieniać reguł bez porozumienia z drugą.

Jeżeli ktoś podważa reguły według których toczy się gra zwana demokracją, jeżeli zaczyna przypisywać sobie władzę dowolnego ich zmieniania i ignorowania pozostałych graczy, wchodzi na bardzo niebezpieczną ścieżkęPiS wielokrotnie wcześniej zarzucał innym partiom fałszerstwa wyborcze. Najgłośniej w czasie wyborów samorządowych 2014 roku, kiedy sfałszowane miały zostać wybory do sejmików wojewódzkich (zarzuty te nie doczekały się potwierdzenia). Tymczasem na naszych oczach partia rządząca dopuściła się w wyborach 2015 roku jednego z najbardziej spektakularnych fałszerstw, jakie przychodzą mi do głowy, otwarcie kwestionując podstawy demokracji.

Politycy PiS usiedli do demokratycznej “gry” obiecując ją szanować, inaczej nikt do stołu by z nimi nie siadał. Gdy wygrali wybory, ogłosili, że zmieniają reguły “gry” nie pytając nikogo o zdanie. Ale przecież u podstaw demokracji, jak zobaczyliśmy, leży umowa, że pewne reguły są “święte” i umawiamy się ich nie zmieniać, albo zmieniać je będziemy bardzo ostrożnie (stąd wspomniane mechanizmy ustrojowe). 

Na tym właśnie, a nie na niespełnionych obietnicach wyborczych, polega oszustwo, którego padliśmy ofiarą. PiS nie ma żadnego mandatu do zmiany ustroju Polski. Nie daje mu go ani demokracja ze swej istoty, ani tym bardziej 19% poparcie, jakim cieszy się wśród wyborców ta partia.


Mateusz Klinowski

Dzisiaj garść refleksji o “kosztach” demokracji. Nie mam zbyt wiele czasu, aby uzupełniać bloga, tym bardziej więc staram się nie poświęcać czasu wypowiedziom byłych kolegów, którzy od przegranych przez siebie wyborów prowadzą na mnie publiczną nagonkę. Niedawno zresztą nagonka ta weszła w fazę rękoczynów, ale o tym przy innej okazji.

Owi koledzy nazywają siebie “blogerami”, choć w czasie ostatnich wyborów byli rzecznikami kandydującego na stanowisko burmistrza wadowickiego starosty Jacka Jończyka. Razem z “niezależnym dziennikarzem lokalnym” Marcinem Płaszczycą, pracownikiem Urzędu Miejskiego i asystentem poprzedniej burmistrz, tworzą obecnie groteskowy “salon niezależnych”, czyli miejscowe środowisko opozycyjne.

Postaci Zbigniewa Targosza nie muszę czytelnikom bloga szerzej przedstawiać. To “ekspert”, który miał problemy z liczeniem do 10 (więcej tutaj), a także namawiał radnych do szkodzenia spółce EKO i zabawy śmieciarkami (więcej o “śmieciowych ekspertach”). Ostatnio Targosz pochwalił się swoimi sądowymi triumfami, a przechwałki te powielił na swoim portalu Płaszczyca.

Zbysio nadaje

Z powyższego wpisu wynika, że zdaniem absolwenta szkoły średniej Targosza, my – niedouczeni prawnicy, zostaliśmy „zaorani” przez sąd i ośmieszeni. Posługujemy się bowiem „pseudoargumentami”, co krewki maturzysta demaskuje, wyrastając na czołowego pogromcę kiepskich prawników, młot na filozofującego burmistrza łamiącego prawo.„Bloger” uchyla również rąbka tajemnicy kolejnej afery…  Do tego jeszcze wrócimy.

Wszystko to byłoby pewnie i godne pochwały, gdyby… No właśnie, czego właściwie dotyczyły sprawy, z którymi Targosz pobiegł do sądu? Na czym polegała bezczynność organu, którą wykazał? I tak właśnie docieramy do sedna problemu, o których chciałbym napisać. Mamy tutaj bowiem przykład wykorzystywania przepisów prawa i organów państwa do pompowania własnego ego przez osoby, które żadnych pożytecznych funkcji w debacie publicznej pełnić nawet nie próbują. Próbują natomiast za wszelką cenę “zaistnieć”, aby w czasie wyborów znów kandydować do rozmaitych stanowisk.

W pierwszej wygranej przez siebie sprawie „bloger” Targosz zażądał zakresu czynności jednego z pracowników Urzędu, pełniącego funkcję pomocy administracyjnej – radnego powiatowego Pawła Kopra. Ponieważ przepisy prawa, wbrew wyobrażeniom dzielnego maturzysty, znamy trochę wnikliwiej niż on sam, zdecydowaliśmy, że nie dają one burmistrzowi możliwości udzielenia odpowiedzi w trybie ustawy o dostępie do informacji publicznej. Jednocześnie odpowiedzi tej mogliśmy udzielić w trybie interpelacji i tak się stało – tożsame pytanie zadała radna Kaczyńska i dostała pełną odpowiedź – opublikowaną na naszej stronie internetowej. Jednak pomimo tego, że Targosz znał już odpowiedź na swoje pytanie i nikt nie chciał przed nim niczego ukrywać, “bloger” wniósł sprawę do sądu. Tylko po co?

Rozstrzygnięcie tej sprawy przez sąd miałoby sens, gdyby miała ona jakiś szczególny ładunek ustrojowy, albo coś przed opinią publiczną starano by się zataić. Tutaj z niczym takim do czynienia nie mieliśmy. Wojewódzki Sąd Administracyjny uznał, że odpowiedzi mogliśmy udzielić, bowiem Paweł Koper… jest też radnym powiatowym, który chroniony jest przez przepisy prawa pracy słabiej. Choć mam wątpliwości, czy jest to rozstrzygnięcie trafne, nie widziałem powodu poświęcać tej sprawie w ogóle czas i nawet nie próbowaliśmy się odwoływać.

Kolejna wygrana “blogera” to równie „doniosły” przypadek.

Targosz przesłał mailem do Urzędu pytanie na temat jednego z moich zarządzeń. Jego mail wylądował w SPAMIE. “Bloger” poczekał 14 dni i znów wniósł skargę do sądu administracyjnego na bezczynność burmistrza. Gdy tylko dowiedzieliśmy się o tym fakcie, udzieliliśmy mu odpowiedzi, zanim do jakiejkolwiek rozprawy doszło. Skarga Targosza do sądu nie miała więc najmniejszego sensu, a właściwie wystarczyłoby, gdyby grzecznie przypomniał, że czeka na odpowiedź. Dodam, że Targosz pytał o sprawę bez jakiegokolwiek istotnego znaczenia. Będące przedmiotem zapytania zarządzenie dotyczyło wprowadzenia dodatkowej stawki czynszu dzierżawnego na Placu Kościuszki na potrzeby współorganizowanych przez nas zawodów strażackich FCC. Ponieważ jednak ostateczna koncepcja organizacji została zmieniona, zarządzenie uchyliliśmy i zastosowaliśmy stawki już obowiązujące.

Mimo to Targosz ogłosił, że udaremnił przekręt i dokonał tego poprzez… wysłanie maila, którego nikt nie przeczytał. Czytając te przechwałki o mało nie zadławiłem się kanapką…*

***

Miesięcznie dostajemy około 20 wniosków o informację publiczną. Większość wniosków spływa drogą mailową, na różne adresy e-mail Urzędu Miejskiego. Błędów nie da się uniknąć, zwłaszcza, że część wniosków wysyłają anonimowe osoby mailem w sposób hurtowy. Gdyby nasz dzielny “bloger” wysyłał wnioski z maila, który w adresie zawiera jego imię i nazwisko (a nie z adresu locall@…) prawdopodobieństwo wylądowania w SPAMie z całą pewnością byłoby mniejsze. Większość zapytań pochodzi od tych samych czterech osób – miejscowego salonu “niezależnych”. Motyw przewodni jest jeden: szukanie haków. Na dziesiątki zadanych pytań na razie żadnych afer nie udało się wykryć. Ale kto wie, może do wyborów panowie (i pani) wreszcie coś znajdą.

***

Czas na wnioski płynące z tych anegdot.

Jak widać na przykładzie Wadowic, mechanizmy jawności używane są często przez osoby, które są aspirantami do rozmaitych stanowisk, przegranymi w wyborach szukającymi rewanżu, albo zwyczajnie sposobu podbudowania własnego ego, czy rozrywki w swoim nudnym życiu – poprzez składanie różnych petycji, wniosków, żądań.

Gdy nie masz kolegów, a ogólnie w życiu Ci nie wyszło, urząd zawsze musi odpowiedzieć na Twoje pismo, a i sąd zajmie się Twoją sprawą…

Instytucja informacji publicznej służyć miała między innymi patrzeniu władzy na ręce. Trudno w działaniu rzeczników poprzedniej władzy widzieć bezstronnych, zatroskanych obywateli czy blogerów. Ale mniejsza o to, każdy ma prawo pytać, choćby i pytał o rzeczy mało ważne, albo już wiadome. Problem w tym, że pytania te, skargi i wnioski generują koszty, za które płacą wszyscy podatnicy. Urzędnicy marnują czas, podobnie sędziowie, bo jeden czy drugi aspirant do świata polityki ma potrzebę napompowania się przed lustrem. W ten sposób w pianie bzdur giną sprawy istotne, a instytucje samorządowe i inne zajmują się niezaspokojonymi ambicjami rozmaitych Zbysiów, Edków i łasic. W efekcie zamiast debaty publicznej mamy organizowane nagonki, a zamiast opozycji cyrkową trupę.

Potwierdza to formułowaną przeze mnie już wielokrotnie wcześniej tezę, że demokracja wymaga nie tylko procedur, ale również dojrzałości korzystających z nich obywateli. Zanim ktoś w końcu dojdzie do wniosku, że dostępność informacji należy ograniczyć, bo stanowi ona pożywkę dla szukających atencji frustratów, pieniaczy itd.

A tego byśmy przecież nie chcieli.

* Przypominałem sobie jeszcze jeden wyczyn “blogera”. Gdy aspirował do miana radnego z komitetu starosty, wszem i wobec chwalił wydanie z publicznej kasy 2 000 zł na kanapki, podobno z kawiorem, dla gości “imprezy promocyjnej” organizowanej przez starostę w rocznicę objęcia przezeń urzędu (sic!). Po przegranych wyborach Targosz grzmiał, że za publiczne pieniądze zamierzam kupować kanapki swoim pracownikom (zamiast ciastek i cukierków – które kupowano za poprzedniczki). Nie wiedział, że płacę za nie z własnych środków. Miesięcznie kosztowało mnie to ok. 100 zł.


Mateusz Klinowski

<p style="text-align: justify;"><b>W Radzie Miejskiej nastąpiła długo oczekiwana zmiana na stanowisku przewodniczącego. Józefa Cholewkę zastąpił Robert Malik. Grupa radnych z marionetkowego klubu PiS ogłosiła, że wybór Malika odbył się niezgodnie z prawem. Wspierają ich portal Wadowice 24, radny Janas i… studentka prawa. Co zrobi Wojewoda?</b></p>

<p style="text-align: justify;"><span style="font-weight: 400;">Na wstępie wyznam, że mam pewien problem. W Wadowicach pełniłem funkcję niezależnego blogera – dziennikarza obywatelskiego demaskującego manipulacje władzy i jej sprzedajnych mediów, pozatrudnianych na etatach. Teraz sam piastuję stanowisko, ale lokalne media, wspierane zresztą przez aspirujących do stanowisk rozmaitych “blogerów”, a wcześniej rzeczników różnych kandydatów w wyborach, nadal dezinformują. </span><span style="font-weight: 400;">Traci na tym opinia publiczna, która z wieloma faktami po prostu nie ma gdzie i jak się zapoznać. Dlatego, choć to i czasochłonne i nie do końca wygodne, muszę niekiedy skomentować sytuacje, w których biorę udział i jestem świadkiem.</span></p>

<p style="text-align: justify;"><span style="font-weight: 400;">A to, co wydarzyło się 31 sierpnia w sali nr 19 Urzędu Miejskiego w Wadowicach, zdarzenia wcześniejsze i to, co dopiero się wydarzy, jest niezmiernie ciekawe i ważne dla naszej lokalnej, ale nie tylko, społeczności.</span></p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Przebieg sesji nadzwyczajnej</strong></p>

<p style="text-align: justify;"><span style="font-weight: 400;">Wszystko zaczęło się od tego, że grupa 7 radnych złożyła wniosek o odwołanie przewodniczącego Rady Miejskiej. Dla chyba nikogo nie ulega wątpliwości, że Józef Cholewka nigdy przewodniczącym nie powinien zostać, a dwa lata kierowania przez niego pracami Rady Miejskiej to ciągłe awantury, buksowanie w miejscu i różne próby sabotowania pożytecznych przedsięwzięć. Kulminacją rządów Cholewki była <a href="http://www.burmistrzklinowski.pl/2016/02/kompromitacja-radnych-janasa-i-cholewki/"target="_blank">awantura wokół uchwały budżetowej, kiedy to radni Janas i Cholewka doprowadzili do podjęcia przez Radę nieważnej uchwały.</a> </span><span style="font-weight: 400;">To chyba wówczas dla większości pozostałych radnych stało się jasne, że Cholewka nie powinien dłużej sprawować swojej funkcji. </span></p>

<p style="text-align: justify;"><span style="font-weight: 400;">W następstwie złożenia wniosku Cholewka nie miał wyjścia i zwołał sesję Rady Miejskiej w dacie we wniosku wskazanej. </span><span style="font-weight: 400;">Przez 7 dni, do głosowania 31 sierpnia, trwały zabiegi przewodniczącego o zachowanie swojego stanowiska. W zabiegach tych odegrał niepoślednią rolę jego najbliższy sojusznik – radny Paweł Janas. <strong>Janas osobiście obdzwaniał radnych i przekonywał do poparcia Cholewki</strong>. Dlaczego? O tym poniżej.</span></p>

<p style="text-align: justify;"><span style="font-weight: 400;">Ogłoszoną prawidłowo i zwołaną sesję otworzył przewodniczący Cholewka, który zarządził głosowanie nad porządkiem obrad, a po jego przyjęciu przez radnych przystąpił do realizacji pierwszego punktu porządku obrad, czyli głosowania w przedmiocie odwołania przewodniczącego Rady.</span></p>

<p style="text-align: justify;"><span style="font-weight: 400;">Cholewka w ostatnim słowie przeprosił radnych za to, że często ich obrażał, po czym natychmiast zrugał radnego Pawła Krasę domagającego się przywołania do porządku obecnych na sali dziennikarzy, którzy uniemożliwiali zachowanie tajności głosowania. Tym samym utwierdził w słuszności swojego odwołania tych radnych, którzy jeszcze może się wahali. Doszło do głosowania, które Cholewka i Janas przegrali stosunkiem 11:9 (radna Maria Zadora jest chora i nie uczestniczy w obradach). Cholewkę oprócz Janasa poparł również klubu PiS i Tomasz Bąk, radny z Choczni.</span></p>

<p><iframe src="https://www.youtube.com/embed/Ysi3okSld1U?rel=0"width="640" height="360" frameborder="0" allowfullscreen="allowfullscreen"></iframe></p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Obstrukcja, czyli “udany” plan</strong></p>

<p style="text-align: justify;"><span style="font-weight: 400;">Okazało się jednak, że przegrani przygotowali “plan” na wypadek przegranego głosowania. Po odwołaniu przewodniczącego jego zastępca miał opuścić salę obrad i w ten sposób uniemożliwić dalsze obrady Rady. Plan ten okazał się równie „udany” jak wcześniejsze wspólne przedsięwzięcia Cholewki i Janasa. </span></p>

<p style="text-align: justify;"><span style="font-weight: 400;">Otto Gurdek, wiceprzewodniczący Rady Miejskiej, nie powrócił więc na salę obrad po przerwie, informując mijanych na korytarzu radnych, że porzuca swoje obowiązki i idzie do domu. </span><span style="font-weight: 400;">W tym momencie na<strong> sali zabrakło osoby, która mogłaby poprowadzić dalej obrady, ani nawet je przerwać</strong>. Należało więc przez analogię zastosować art. 19 ust. 8 ustawy o samorządzie gminnym. Przepis ten mówi, że najstarszy wiekiem radny obejmuje prowadzenie sesji, o ile wyrazi na to zgodę. Radna Tkacz, Kaczyńska, a później Ficek i Cholewka nie zgodzili się na objęcie funkcji prowadzącego obrady. W tej sytuacji radny Paweł Stopa, wskazany przez pracowników Biura Rady jako następny w kolejności starszeństwa radny, zarządził głosowanie nad wyborem nowego przewodniczącego. Była to w istocie czynność techniczna, nie mająca żadnego wpływu na podejmowane później i wcześniej uchwały Rady Miejskiej.</span></p>

<p style="text-align: justify;"><span style="font-weight: 400;">Ludzie Cholewki na czele z Janasem wyglądali na zaskoczonych. Jak można się domyślać, liczyli na paraliż obrad i ich przerwanie, nie mając nawet przygotowanego kandydata na nowego przewodniczącego. Radny Janas próbował dyskutować, że sesja powinna zostać przerwana i zwołana przez Wojewodę, ale finalnie jedynie “wyłączył się z głosowania” w geście sprzeciwu. P</span><span style="font-weight: 400;">rzepisy prawa nie znają takiej instytucji jak “wyłączenie się radnego”, a udział w głosowaniach jest wręcz jego obowiązkiem. Oczywiście nikt z ludzi Cholewki nie skrytykował również zachowania wiceprzewodniczącego Otto Gurdka, który porzucił swoje obowiązki i poszedł do domu celem zerwania obrad. Jeżeli ktoś złamał prawo, <strong>był to przede wszystkim sam wiceprzewodniczący Gurdek</strong>.</span></p>

<p><img class="alignleft size-full wp-image-3359" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2016/09/Interwencja-PIS-page-001.jpg"alt="Interwencja PIS-page-001" width="1240" height="1753" srcset="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2016/09/Interwencja-PIS-page-001-212x300.jpg 212w, http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2016/09/Interwencja-PIS-page-001-768x1086.jpg 768w, http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2016/09/Interwencja-PIS-page-001-724x1024.jpg 724w, http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2016/09/Interwencja-PIS-page-001.jpg 1240w" sizes="(max-width: 1240px) 100vw, 1240px" /></p>

<p style="text-align: justify;"><img class="alignleft size-full wp-image-3358" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2016/09/Interwencja-PIS-page-002.jpg"alt="Interwencja PIS-page-002" width="1240" height="1753" srcset="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2016/09/Interwencja-PIS-page-002-212x300.jpg 212w, http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2016/09/Interwencja-PIS-page-002-768x1086.jpg 768w, http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2016/09/Interwencja-PIS-page-002-724x1024.jpg 724w, http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2016/09/Interwencja-PIS-page-002.jpg 1240w" sizes="(max-width: 1240px) 100vw, 1240px" /></p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Czy wybór Roberta Malika był legalny?</strong></p>

<p style="text-align: justify;"><span style="font-weight: 400;">W wyniku przeprowadzonego głosowania nowym przewodniczącym Rady Miejskiej został Robert Malik z 10 głosami poparcia, jednym wstrzymującym się i jednym przeciw. Pozostali radni oddali głosy nieważne bądź nie głosowali.</span></p>

<p style="text-align: justify;"><span style="font-weight: 400;">Natychmiast po sesji portal Wadowice24 ustami asystenta poprzedniej burmistrz ogłosił, że wybór jest nielegalny. Płaszczyca ze swoimi poplecznikami twierdzili wręcz, że istnieją obecnie dwie Rady Miejskie: jedna prawomocna z Cholewką na czele i druga – uzurpatorów z Malikiem. Swoje “fachowe” przemyślenia wsparli nawet opinią ekspercką – szerzej nieznanej studentki prawa. Ten upór w podważaniu decyzji radnych byłby nawet śmieszny, gdyby nie to, że w szerzone przez wymienionych bzdury mogła uwierzyć część czytelników.</span></p>

<p style="text-align: justify;"><span style="font-weight: 400;">Uchwałę o wyborze przewodniczącego do Wojewody zaskarżyła Zofia Kaczyńska – w imieniu klubu PiS. W podpisanym przez nią piśmie zarzucono radnym, że prowadzili obrady nie czekając na wiceprzewodniczącego Otto Gurdka, który postanowił nawiać do domu. Skargę na to podpisał sam Gurdek, członek klubu PiS, poświadczając tym samym nieprawdę.</span></p>

<p style="text-align: justify;"><span style="font-weight: 400;">Taka argumentacja nie ma oczywiście żadnych szans powodzenia w sądzie, bo w analogicznych sytuacjach te już się wypowiadały, przecząc możliwości kwestionowania uchwał podejmowanych pod nieobecność przewodniczących. Zresztą, w opisanym przypadku sesji nadzwyczajnej zwołano ją prawidłowo – przez przewodniczącego Cholewkę, prowadzono ją według przyjętego przez radnych porządku obrad, a wobec absencji wiceprzewodniczących nie tylko nie można było obrad przerwać, ale nawet zarządzić przerwy bez wybrania kogoś, kto rolę prowadzącego obrady mógłby objąć. Zgodnie z przepisami prawa taką osobą powinien być radny w kolejności starszeństwa. </span></p>

<p style="text-align: justify;"><b>Czy Wojewoda naruszy suwerenność samorządu?</b></p>

<p style="text-align: justify;"><span style="font-weight: 400;">Oczywiście skarga Kaczyńskiej, choć prawnie nonsensowna, ma swój wymiar polityczny. Skarży się przecież sama Zofia Kaczyńska, przewodnicząca klubu PiS, a rozpatrywać skargę będzie Wojewoda z tego samego politycznego ugrupowania. Choć logika politycznej gry podpowiada, że PiS może nie chcieć utracić miejsca przewodniczącego Rady Miejskiej, <strong>n</strong></span><span style="font-weight: 400;"><strong>ależy jednak liczyć, że Wojewoda Józef Pilch postąpi zgodnie z prawem </strong>i nie będzie kwestionował wyboru nowego przewodniczącego. </span><span style="font-weight: 400;">Gdyby Wojewoda wybór Malika uznał za nieważny, Radą Miejską kierować będzie Otto Gurdek – z PiS. Ten sam, który nie wykonał ciążących na nim obowiązków uciekając do domu i tym samym próbując uniemożliwić wybór nowego przewodniczącego Radzie. Taka decyzja bez wątpienia prowadzić będzie do głośnego na całą Polskę skandalu. </span></p>

<figure id="attachment_3356" style="width: 565px" class="wp-caption aligncenter"><img class="wp-image-3356 size-full" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2016/09/Janas-Łaski.jpg"alt="" width="565" height="425" srcset="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2016/09/Janas-Łaski-300x226.jpg 300w, http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2016/09/Janas-Łaski.jpg 565w" sizes="(max-width: 565px) 100vw, 565px" /><figcaption class="wp-caption-text">Paweł Janas pod opieką “muzy opozycji” do końca bronił Józefa Cholewki</figcaption></figure>

<p style="text-align: justify;"><b>Radny flaga “zachował twarz”</b></p>

<p style="text-align: justify;"><span style="font-weight: 400;">Na koniec kilka słów o zachowaniu Pawła Janasa, który w ciągu kilku ostatnich miesięcy przekreślił cały swój, niewielki zresztą, dorobek opozycyjny z poprzedniej kadencji.</span></p>

<p style="text-align: justify;"><span style="font-weight: 400;">Paweł Janas, choć w poprzedniej kadencji nieśmiało (by nie powiedzieć: tchórzliwie) podłączał się pod inicjatywy opozycji, po ostatnich wyborach szybko stał się najwierniejszym poplecznikiem Cholewki. Przemiana ta nie była bezinteresowna. Radny niemal na każdej sesji atakował mnie i urzędników, na ogół obnażając własną niewiedzę, arogancko traktował innych radnych. Wreszcie z Cholewką doprowadził do rozwalenia budżetu i interwencji Regionalnej Izby Obrachunkowej. <strong>Po raz pierwszy w historii Rada Miejska podjęła niezgodną z prawem uchwałę budżetową i zawdzięczamy to właśnie Janasowi.</strong></span></p>

<p style="text-align: justify;"><span style="font-weight: 400;">Dla radnych nie jest tajemnicą, że w zamian za poparcie Janas wystąpił z konkretnymi żądaniami do Cholewki i <strong>miał objąć specjalnie dla niego utworzone stanowisko trzeciego wiceprzewodniczącego Rady Miejskiej</strong>, którego nigdy wcześniej nie powoływano. Takie stanowisko to nie tylko prestiż (zresztą niewielki, bo trzeci wice w praktyce nie miałby szans prowadzenia obrad), ale przede wszystkim… większa dieta. C</span><span style="font-weight: 400;">zy możliwy był jeszcze większy upadek dawnego “opozycjonisty”? </span></p>

<p style="text-align: justify;"><span style="font-weight: 400;">Po przegranej sesji nadzwyczajnej Janas pod moim wpisem na FB ogłosił, że wspierając Cholewkę „zachował twarz”, choć większość obserwatorów miała wrażenie odmienne. </span></p>

<div style="clear: both;"></div>

<p style="text-align: justify;"><img class="size-full wp-image-3357 aligncenter" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2016/09/janas-zachował-twarz.jpg"alt="janas zachował twarz" width="499" height="434" srcset="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2016/09/janas-zachował-twarz-300x261.jpg 300w, http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2016/09/janas-zachował-twarz.jpg 499w" sizes="(max-width: 499px) 100vw, 499px" /></p>

<p style="text-align: justify;"><span style="font-weight: 400;">Warto na koniec odnotować, że w kampanii publicznego dyskredytowania nowego przewodniczącego Rady Miejskiej biorą obaj rzecznicy komitetu wyborczego <em>Nowoczesny Samorząd</em> – dyspozycyjni “blogerzy” Targosz i Gładysz. Janas i wymienieni startowali w ostatnich wyborach z <em>Nowoczesnego Samorządu</em> właśnie. Kandydatem tego komitetu i przedstawicielem w Radzie Miejskiej jest również… Robert Malik, którego teraz tak usilnie zwalczają. </span></p>

<p style="text-align: justify;"><span style="font-weight: 400;">Widząc to należy sobie zadać pytanie o granice nieprzyzwoitości w lokalnej polityce. Wymienieni panowie, m.in. atakując radnego, którego w wyborach popierali i “sprzedawali” mieszkańcom jako najlepszy możliwy wybór, już dawno te granice przekroczyli.</span></p>

<a href="http://mateuszklinowski.pl/2016/09/26/jak-to-bylo-z-odwolaniem-cholewki/"class='bbc_url' rel='nofollow external'>Źródło</a>

Mateusz Klinowski

W Radzie Miejskiej nastąpiła długo oczekiwana zmiana na stanowisku przewodniczącego. Józefa Cholewkę zastąpił Robert Malik. Grupa radnych z marionetkowego klubu PiS ogłosiła, że wybór Malika odbył się niezgodnie z prawem. Wspierają ich portal Wadowice 24, radny Janas i… studentka prawa. Co zrobi Wojewoda?

Na wstępie wyznam, że mam pewien problem. W Wadowicach pełniłem funkcję niezależnego blogera – dziennikarza obywatelskiego demaskującego manipulacje władzy i jej sprzedajnych mediów, pozatrudnianych na etatach. Teraz sam piastuję stanowisko, ale lokalne media, wspierane zresztą przez aspirujących do stanowisk rozmaitych “blogerów”, a wcześniej rzeczników różnych kandydatów w wyborach, nadal dezinformują. Traci na tym opinia publiczna, która z wieloma faktami po prostu nie ma gdzie i jak się zapoznać. Dlatego, choć to i czasochłonne i nie do końca wygodne, muszę niekiedy skomentować sytuacje, w których biorę udział i jestem świadkiem.

A to, co wydarzyło się 31 sierpnia w sali nr 19 Urzędu Miejskiego w Wadowicach, zdarzenia wcześniejsze i to, co dopiero się wydarzy, jest niezmiernie ciekawe i ważne dla naszej lokalnej, ale nie tylko, społeczności.

Przebieg sesji nadzwyczajnej

Wszystko zaczęło się od tego, że grupa 7 radnych złożyła wniosek o odwołanie przewodniczącego Rady Miejskiej. Dla chyba nikogo nie ulega wątpliwości, że Józef Cholewka nigdy przewodniczącym nie powinien zostać, a dwa lata kierowania przez niego pracami Rady Miejskiej to ciągłe awantury, buksowanie w miejscu i różne próby sabotowania pożytecznych przedsięwzięć. Kulminacją rządów Cholewki była awantura wokół uchwały budżetowej, kiedy to radni Janas i Cholewka doprowadzili do podjęcia przez Radę nieważnej uchwały. To chyba wówczas dla większości pozostałych radnych stało się jasne, że Cholewka nie powinien dłużej sprawować swojej funkcji.

W następstwie złożenia wniosku Cholewka nie miał wyjścia i zwołał sesję Rady Miejskiej w dacie we wniosku wskazanej. Przez 7 dni, do głosowania 31 sierpnia, trwały zabiegi przewodniczącego o zachowanie swojego stanowiska. W zabiegach tych odegrał niepoślednią rolę jego najbliższy sojusznik – radny Paweł Janas. Janas osobiście obdzwaniał radnych i przekonywał do poparcia Cholewki. Dlaczego? O tym poniżej.

Ogłoszoną prawidłowo i zwołaną sesję otworzył przewodniczący Cholewka, który zarządził głosowanie nad porządkiem obrad, a po jego przyjęciu przez radnych przystąpił do realizacji pierwszego punktu porządku obrad, czyli głosowania w przedmiocie odwołania przewodniczącego Rady.

Cholewka w ostatnim słowie przeprosił radnych za to, że często ich obrażał, po czym natychmiast zrugał radnego Pawła Krasę domagającego się przywołania do porządku obecnych na sali dziennikarzy, którzy uniemożliwiali zachowanie tajności głosowania. Tym samym utwierdził w słuszności swojego odwołania tych radnych, którzy jeszcze może się wahali. Doszło do głosowania, które Cholewka i Janas przegrali stosunkiem 11:9 (radna Maria Zadora jest chora i nie uczestniczy w obradach). Cholewkę oprócz Janasa poparł również klubu PiS i Tomasz Bąk, radny z Choczni.

Obstrukcja, czyli “udany” plan

Okazało się jednak, że przegrani przygotowali “plan” na wypadek przegranego głosowania. Po odwołaniu przewodniczącego jego zastępca miał opuścić salę obrad i w ten sposób uniemożliwić dalsze obrady Rady. Plan ten okazał się równie „udany” jak wcześniejsze wspólne przedsięwzięcia Cholewki i Janasa. 

Otto Gurdek, wiceprzewodniczący Rady Miejskiej, nie powrócił więc na salę obrad po przerwie, informując mijanych na korytarzu radnych, że porzuca swoje obowiązki i idzie do domu. W tym momencie na sali zabrakło osoby, która mogłaby poprowadzić dalej obrady, ani nawet je przerwać. Należało więc przez analogię zastosować art. 19 ust. 8 ustawy o samorządzie gminnym. Przepis ten mówi, że najstarszy wiekiem radny obejmuje prowadzenie sesji, o ile wyrazi na to zgodę. Radna Tkacz, Kaczyńska, a później Ficek i Cholewka nie zgodzili się na objęcie funkcji prowadzącego obrady. W tej sytuacji radny Paweł Stopa, wskazany przez pracowników Biura Rady jako następny w kolejności starszeństwa radny, zarządził głosowanie nad wyborem nowego przewodniczącego. Była to w istocie  czynność techniczna, nie mająca żadnego wpływu na podejmowane później i wcześniej uchwały Rady Miejskiej.

Ludzie Cholewki na czele z Janasem wyglądali na zaskoczonych. Jak można się domyślać, liczyli na paraliż obrad i ich przerwanie, nie mając nawet przygotowanego kandydata na nowego przewodniczącego. Radny Janas próbował dyskutować, że sesja powinna zostać przerwana i zwołana przez Wojewodę, ale finalnie jedynie “wyłączył się z głosowania” w geście sprzeciwu. Przepisy prawa nie znają takiej instytucji jak “wyłączenie się radnego”, a udział w głosowaniach jest wręcz jego obowiązkiem. Oczywiście nikt z ludzi Cholewki nie skrytykował również zachowania wiceprzewodniczącego Otto Gurdka, który porzucił swoje obowiązki i poszedł do domu celem zerwania obrad. Jeżeli ktoś złamał prawo, był to przede wszystkim sam wiceprzewodniczący Gurdek.

Interwencja PIS-page-001

Interwencja PIS-page-002

Czy wybór Roberta Malika był legalny?

W wyniku przeprowadzonego głosowania nowym przewodniczącym Rady Miejskiej został Robert Malik z 10 głosami poparcia, jednym wstrzymującym się i jednym przeciw. Pozostali radni oddali głosy nieważne bądź nie głosowali.

Natychmiast po sesji portal Wadowice24 ustami asystenta poprzedniej burmistrz ogłosił, że wybór jest nielegalny. Płaszczyca ze swoimi poplecznikami twierdzili wręcz, że istnieją obecnie dwie Rady Miejskie: jedna prawomocna z Cholewką na czele i druga – uzurpatorów z Malikiem. Swoje “fachowe” przemyślenia wsparli nawet opinią ekspercką – szerzej nieznanej studentki prawa. Ten upór w podważaniu decyzji radnych byłby nawet śmieszny, gdyby nie to, że w szerzone przez wymienionych bzdury mogła uwierzyć część czytelników.

Uchwałę o wyborze przewodniczącego do Wojewody zaskarżyła Zofia Kaczyńska – w imieniu klubu PiS. W podpisanym przez nią piśmie zarzucono radnym, że prowadzili  obrady nie czekając na wiceprzewodniczącego Otto Gurdka, który postanowił nawiać do domu. Skargę na to podpisał sam Gurdek, członek klubu PiS, poświadczając tym samym nieprawdę.

Taka argumentacja nie ma oczywiście żadnych szans powodzenia w sądzie, bo w analogicznych sytuacjach te już się wypowiadały, przecząc możliwości kwestionowania uchwał podejmowanych pod nieobecność przewodniczących. Zresztą, w opisanym przypadku sesji nadzwyczajnej zwołano ją prawidłowo – przez przewodniczącego Cholewkę, prowadzono ją według przyjętego przez radnych porządku obrad, a wobec absencji wiceprzewodniczących nie tylko nie można było obrad przerwać, ale nawet zarządzić przerwy bez wybrania kogoś, kto rolę prowadzącego obrady mógłby objąć. Zgodnie z przepisami prawa taką osobą powinien być radny w kolejności starszeństwa.  

Czy Wojewoda naruszy suwerenność samorządu?

Oczywiście skarga Kaczyńskiej, choć prawnie nonsensowna, ma swój wymiar polityczny. Skarży się przecież sama Zofia Kaczyńska, przewodnicząca klubu PiS, a rozpatrywać skargę będzie Wojewoda z tego samego politycznego ugrupowania. Choć logika politycznej gry podpowiada, że PiS może nie chcieć utracić miejsca przewodniczącego Rady Miejskiej, należy jednak liczyć, że Wojewoda Józef Pilch postąpi zgodnie z prawem i nie będzie kwestionował wyboru nowego przewodniczącego. Gdyby Wojewoda wybór Malika uznał za nieważny, Radą Miejską kierować będzie Otto Gurdek – z PiS. Ten sam, który nie wykonał ciążących na nim obowiązków uciekając do domu i tym samym próbując uniemożliwić wybór nowego przewodniczącego Radzie. Taka decyzja bez wątpienia prowadzić będzie do głośnego na całą Polskę skandalu. 

Janas-%C5%81aski.jpgPaweł Janas pod opieką “muzy opozycji” do końca bronił Józefa Cholewki

Radny flaga “zachował twarz”

Na koniec kilka słów o zachowaniu Pawła Janasa, który w ciągu kilku ostatnich miesięcy przekreślił cały swój, niewielki zresztą, dorobek opozycyjny z poprzedniej kadencji.

Paweł Janas, choć w poprzedniej kadencji nieśmiało (by nie powiedzieć: tchórzliwie) podłączał się pod inicjatywy opozycji, po ostatnich wyborach szybko stał się najwierniejszym poplecznikiem Cholewki. Przemiana ta nie była bezinteresowna. Radny niemal na każdej sesji atakował mnie i urzędników, na ogół obnażając własną niewiedzę, arogancko traktował innych radnych. Wreszcie z Cholewką doprowadził do rozwalenia budżetu i interwencji Regionalnej Izby Obrachunkowej. Po raz pierwszy w historii Rada Miejska podjęła niezgodną z prawem uchwałę budżetową i zawdzięczamy to właśnie Janasowi.

Dla radnych nie jest tajemnicą, że w zamian za poparcie Janas wystąpił z konkretnymi żądaniami do Cholewki i miał objąć specjalnie dla niego utworzone stanowisko trzeciego wiceprzewodniczącego Rady Miejskiej, którego nigdy wcześniej nie powoływano. Takie stanowisko to nie tylko prestiż (zresztą niewielki, bo trzeci wice w praktyce nie miałby szans prowadzenia obrad), ale przede wszystkim… większa dieta. Czy możliwy był jeszcze większy upadek dawnego “opozycjonisty”?

Po przegranej sesji nadzwyczajnej Janas pod moim wpisem na FB ogłosił, że wspierając Cholewkę „zachował twarz”, choć większość obserwatorów miała wrażenie odmienne. 

janas zachował twarz

Warto na koniec odnotować, że w kampanii publicznego dyskredytowania nowego przewodniczącego Rady Miejskiej biorą obaj rzecznicy komitetu wyborczego Nowoczesny Samorząd – dyspozycyjni “blogerzy” Targosz i Gładysz. Janas i wymienieni startowali w ostatnich wyborach z Nowoczesnego Samorządu właśnie. Kandydatem tego komitetu i przedstawicielem w Radzie Miejskiej jest również… Robert Malik, którego teraz tak usilnie zwalczają.

Widząc to należy sobie zadać pytanie o granice nieprzyzwoitości w lokalnej polityce. Wymienieni panowie, m.in. atakując radnego, którego w wyborach popierali i “sprzedawali” mieszkańcom jako najlepszy możliwy wybór, już dawno te granice przekroczyli.


Mateusz Klinowski

<p style="text-align: justify;">Spotkałem Jacka Kurskiego, zamieniliśmy kilka sympatycznych zdań, a potem w ciemnościach sali panelowej słuchałem jego sympatycznych poglądów. I spadła na mnie jasność. Przynajmniej co do tego, jakie zmiany czekają media – do niedawna publiczne.</p>

<p style="text-align: justify;">Media publiczne kojarzą się z domem publicznym, czyli burdelem, a Polska to kochająca matka, a nie ciotka-klotka. Matkę trzeba kochać, ale przede wszystkim utrzymywać i słuchać. Dlatego, mocą nocnych dekretów Jarosława, zwanych jeszcze z rozpędu ustawami sejmowymi, media publiczne staną się… <em>Mediami Narodowymi</em> na utrzymaniu <em>Narodu</em>. Daninę niebawem będzie płacił każdy, choć przecież nie każdy to <em>Naród</em>, ale w tym wypadku fakt ten przemilczano. Projektowana, kolejna <em>dobra zmiana </em>nie daje bowiem nikomu możliwości potwierdzenia własnego patriotyzmu czy unarodowienia i zapłacimy ją z rachunkiem za prąd (kilkanaście złotych miesięcznie), niezależnie od koloru skóry. Dodatkowo zapłacą posiadacze anten satelitarnych i gniazdek kablowych, którzy skażają swój narodowy charakter przekazem nienarodowym, zachodnim i dekadenckim. Ale media komercyjne również złożą się na te <em>narodowe</em> – płacąc podatek od sprzedawanych reklam.</p>

<p style="text-align: justify;">W ten sposób zbudowana zostanie finansowa baza zdrowych, rdzennie polskich redakcji. Dzisiaj baza jest chora z winy (oczywiście!) Tuska, który nakłaniał Polaków do zaniechania finansowania publicznych mediów abonamentem.* A że Kaszub miał oczy wilcze, Polaków zahipnotyzował…</p>

<p style="text-align: justify;">Finansowanie to jedno, ale to tylko środek do ostatecznego celu. Jest nim oczywiście wytworzenie przekazu narodowego, godnościowego, nadkolannego. Kurski hojnie podzielił się z nami swoimi pomysłami na narodowe treści. Obecnie w telewizji dominują produkcje obce i takiż przekaz. W radio zagraniczne piosenki, newsy też zagraniczne. Narzuca się nam język Zachodu, a z nim wmawia jego problemy – problem migracyjny, czy globalne ocieplenie. Homogeniczni Katolicy problemu imigrantów nie mają, a globalne ocieplenie jedynie wspomoże polskie rolnictwo, otwierając je na winnice i palmy kokosowe. No i nasz rdzenny Bałtyk będzie cieplejszy.</p>

<p style="text-align: justify;">Szczególną uwagę prezes TVP poświęcił ukrytej narracji niemieckiej mediów publicznych. Koronnym przykładem posłużył film “Nasze matki, nasi ojcowie”, który szeroko godził w <em>Naród</em> (tę nieszczęsną opinię podzielali również niektórzy moi koledzy prawnicy – publikując na ten temat dość komiczne rozważania). <em>Naród</em> musiał ten film oglądać, a nawet robił to chętnie. Czas więc czasu honoru i produkcji narodowej, która polską racją stanu i prawdą historyczną skolonizuje wrogi nam dzisiaj Zachód.</p>

<p style="text-align: justify;">Zapowiedzi poszczególnych produkcji padły. Będzie film o największym z bohaterów – Lechu Kaczyńskim, człowieku, którego prawdziwej twarzy nie znaliśmy, co odkryto niedawno. Będzie serial o żołnierzach wyklętych – wszystkich, bowiem jego bohaterem będzie żołnierz wyklęty w wersji <em>ultimate</em> – kompilacja wszystkich wyklęciuchów. Będzie walka o tożsamość i hodowla zdrowej tkanki narodowej, a później jej przeszczep na cały świat. W ten sposób Polska obejmie całą Ziemię, a wszyscy staną się Polakami. I to wszystko z rachunków za prąd.</p>

<p style="text-align: justify;">Mam pewne wątpliwości co do powodzenia tego szatańskiego w swej pomysłowości planu. Być może bowiem <em>obca narracja</em> nie tyle trafiała do Polaków, ponieważ brakowało im narodowego wyrobienia czy wzmożenia, ale dlatego, że prezentowała dobre kino i niosła wartości uniwersalne. Wyobrażam sobie, że dobrą historię można opowiedzieć zarówno z punktu widzenia członka SS, jak i jego ofiary. Kino narodowe, wyklęte, które z zasady ma służyć wypełnieniu określonych zadań propagandowych, skazane jest na porażkę. A każda złotówka wydana z kieszeni podatnika na narodowe produkcje będzie złotówką zmarnowaną.</p>

<p style="text-align: justify;">Mamy przecież aktualny przykład tej sytuacji – film Smoleńsk ma szansę okazać się większą katastrofą, niż wypadek, który portretuje. Dopchany kolanem pomnik Lecha Kaczyńskiego przed Urzędem Wojewódzkim przejdzie do historii wykorzystania karbonitu. Itd. Słabe kadry, kiepscy dziennikarze, marni filmowcy, donoszący aktorzy i leworęczni politycy – zaciąg Dobrej Zmiany zgromadzony w PiS nie będzie nigdy w stanie wyprodukować czegoś wartościowego. To najprostsza z możliwych diagnoz tej niefortunnej sytuacji.</p>

<p style="text-align: justify;">Z kolei narodowe treści, które miano by produkować, promować i eksportować, są na tyle mało uniwersalne i nośne, że pachnąc boczkiem i kiełbasą z trudem skuszą utalentowanych, by brali je do ust lub chociaż na niesione przez siebie sztandary. Ambitny i tyleż utopijny projekt Kurskiego skazany jest na porażkę niejako z definicji – niewłaściwie definiując środki, które prowadzić mają do wątpliwego zresztą celu.</p>

<p style="text-align: justify;">Gwoli ścisłości, Kurski mówił też rzeczy, z którymi trudno było się nie zgodzić, ale wyciągał z nich wnioski zupełnie dowolne. Słuchając go miałem wrażenie, że mógłby z równym zaangażowaniem mówić tezy przeciwne, wciąż pozostając sobą. Publiczność szybko to wyłapała i wystąpienie prezesa TVP okraszone było sarkastycznymi docinkami i zabawnymi komentarzami z sali, o ile w ogóle wystąpienie to kogoś interesowało (większości uczestników Kongresu Samorządów nie interesowało wcale).</p>

<p style="text-align: justify;">Padło też fundamentalne pytanie z sali. Uczestnik spotkania przytomnie zauważył, że dla budowy silnych mediów (mniejsza nawet o to, czy narodowych) <strong>podstawowe znaczenie ma niezależność i rzetelność dziennikarska, czyli coś, czego media publiczne zostały w ostatnim czasie w sposób ostentacyjny pozbawione.</strong> Kurski zripostował, że nawet w opresyjnym systemie PRL’u sędziowie zachowali swoją niezależność, bo jego mama (sędzina) komunie się nie kłaniała. Wynika z tego, że jeżeli Telewizja Polska będzie zatrudniała nieusuwalnych sędziów na stanowiskach dziennikarzy, to nawet jeżeli Jarosław Kaczyński zachowa się jak Gomułka, to TVP ma szanse przejawiać niezależność. I niestety nic więcej z tego już nie wynika.</p>

<p style="text-align: justify;">W gruncie rzeczy <strong>całe to pieprzenie o mediach narodowych ma jedynie przypudrować fakt, że w imię reformy i naprawy duże i liczące się w Polsce redakcje poddano całkowicie kontroli partyjnej, a niezależne dziennikarstwo, wraz z rzetelnością i innymi cechami przynależnymi zawodowi dziennikarza, po prostu w mediach publicznych zlikwidowano.</strong> Podstawową funkcją semantycznego <em>unarodowienia</em> Telewizji Publicznej jest przypisanie tej instytucji pozytywnych konotacji wciąż wiążących się w umysłach wielu obywateli z pojęciem “narodu”, a oddalenie tych, które łączą się z terminem “partia”. Nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, że Jacek Kurski tworzy przede wszystkim media partyjne, a nie żadne narodowe. Podobnie zresztą, jak Jarosław tworzy Polskę partyjną, choć skok na stanowiska i spółki jego pretorianie szumnie nazywają <em>wstawaniem z kolan</em>. No, chyba, że partia to naród, ale to już temat na zupełnie inny wpis i historię.</p>

<p>Na marginesie, samo pojęcie narodu jest pojęciem dzisiaj niezbyt aktualnym i raczej już archaizmem na gruncie nauk politycznych – używanie go od opisy przemian społecznych i politycznych we współczesnym świecie nie gwarantuje pożądanego stopnia adekwatności. Co z tego, skoro język współczesnej polskiej polityki odmienia “naród” przez wszystkie przypadki?</p>

<p style="text-align: justify;">Poza tym, <em>narodowa</em> katastrofa nadal pozostaje katastrofą, choćby urosła do rangi pomnika, popiersia, czy narzutowego głazu.</p>

<p style="text-align: justify;">*) Z tego co pamiętam, był to czas, kiedy mediami publicznymi rządziła zdaje się koalicja PiS, Samoobrona, SLD, ale Tusk zamiast nocą przegłosować jakąś ustawę, co zrobił teraz PiS, po prostu respektował zastaną i sankcjonowaną rozwiązaniami prawnymi sytuację – w zamian nawołując do bojkotu finansowego nierzetelnych jego zdaniem mediów publicznych. Nawoływanie do bojkotu, przy założeniu, że ludzie nawoływani i tak decydują sami, jest zabiegiem zupełnie innego rodzaju, niż nocne Sejmu balety, których doświadczamy obecnie pod hasłem odnowy moralnej.</p>

<a href="http://mateuszklinowski.pl/2016/04/17/pudrowanie-mediow-narodowych/"class='bbc_url' rel='nofollow external'>Źródło</a>

Mateusz Klinowski

Spotkałem Jacka Kurskiego, zamieniliśmy kilka sympatycznych zdań, a potem w ciemnościach sali panelowej słuchałem jego sympatycznych poglądów. I spadła na mnie jasność. Przynajmniej co do tego, jakie zmiany czekają media – do niedawna publiczne.

Media publiczne kojarzą się z domem publicznym, czyli burdelem, a Polska to kochająca matka, a nie ciotka-klotka. Matkę trzeba kochać, ale przede wszystkim utrzymywać i słuchać. Dlatego, mocą nocnych dekretów Jarosława, zwanych jeszcze z rozpędu ustawami sejmowymi, media publiczne staną się… Mediami Narodowymi na utrzymaniu Narodu. Daninę niebawem będzie płacił każdy, choć przecież nie każdy to Naród, ale w tym wypadku fakt ten przemilczano. Projektowana, kolejna dobra zmiana nie daje bowiem nikomu możliwości potwierdzenia własnego patriotyzmu czy unarodowienia i zapłacimy ją z rachunkiem za prąd (kilkanaście złotych miesięcznie), niezależnie od koloru skóry. Dodatkowo zapłacą posiadacze anten satelitarnych i gniazdek kablowych, którzy skażają swój narodowy charakter przekazem nienarodowym, zachodnim i dekadenckim. Ale media komercyjne również złożą się na te narodowe – płacąc podatek od sprzedawanych reklam.

W ten sposób zbudowana zostanie finansowa baza zdrowych, rdzennie polskich redakcji. Dzisiaj baza jest chora z winy (oczywiście!) Tuska, który nakłaniał Polaków do zaniechania finansowania publicznych mediów abonamentem.* A że Kaszub miał oczy wilcze, Polaków zahipnotyzował…

Finansowanie to jedno, ale to tylko środek do ostatecznego celu. Jest nim oczywiście wytworzenie przekazu narodowego, godnościowego, nadkolannego. Kurski hojnie podzielił się z nami swoimi pomysłami na narodowe treści. Obecnie w telewizji dominują produkcje obce i takiż przekaz. W radio zagraniczne piosenki, newsy też zagraniczne. Narzuca się nam język Zachodu, a z nim wmawia jego problemy – problem migracyjny, czy globalne ocieplenie. Homogeniczni Katolicy problemu imigrantów nie mają, a globalne ocieplenie jedynie wspomoże polskie rolnictwo, otwierając je na winnice i palmy kokosowe. No i nasz rdzenny Bałtyk będzie cieplejszy.

Szczególną uwagę prezes TVP poświęcił ukrytej narracji niemieckiej mediów publicznych. Koronnym przykładem posłużył film “Nasze matki, nasi ojcowie”, który szeroko godził w Naród (tę nieszczęsną opinię podzielali również niektórzy moi koledzy prawnicy – publikując na ten temat dość komiczne rozważania). Naród musiał ten film oglądać, a nawet robił to chętnie. Czas więc czasu honoru i produkcji narodowej, która polską racją stanu i prawdą historyczną skolonizuje wrogi nam dzisiaj Zachód.

Zapowiedzi poszczególnych produkcji padły. Będzie film o największym z bohaterów – Lechu Kaczyńskim, człowieku, którego prawdziwej twarzy nie znaliśmy, co odkryto niedawno. Będzie serial o żołnierzach wyklętych – wszystkich, bowiem jego bohaterem będzie żołnierz wyklęty w wersji ultimate – kompilacja wszystkich wyklęciuchów. Będzie walka o tożsamość i hodowla zdrowej tkanki narodowej, a później jej przeszczep na cały świat. W ten sposób Polska obejmie całą Ziemię, a wszyscy staną się Polakami. I to wszystko z rachunków za prąd.

Mam pewne wątpliwości co do powodzenia tego szatańskiego w swej pomysłowości planu. Być może bowiem obca narracja nie tyle trafiała do Polaków, ponieważ brakowało im narodowego wyrobienia czy wzmożenia, ale dlatego, że prezentowała dobre kino i niosła wartości uniwersalne. Wyobrażam sobie, że dobrą historię można opowiedzieć zarówno z punktu widzenia członka SS, jak i jego ofiary. Kino narodowe, wyklęte, które z zasady ma służyć wypełnieniu określonych zadań propagandowych, skazane jest na porażkę. A każda złotówka wydana z kieszeni podatnika na narodowe produkcje będzie złotówką zmarnowaną.

Mamy przecież aktualny przykład tej sytuacji – film Smoleńsk ma szansę okazać się większą katastrofą, niż wypadek, który portretuje. Dopchany kolanem pomnik Lecha Kaczyńskiego przed Urzędem Wojewódzkim przejdzie do historii wykorzystania karbonitu. Itd. Słabe kadry, kiepscy dziennikarze, marni filmowcy, donoszący aktorzy i leworęczni politycy – zaciąg Dobrej Zmiany zgromadzony w PiS nie będzie nigdy w stanie wyprodukować czegoś wartościowego. To najprostsza z możliwych diagnoz tej niefortunnej sytuacji.

Z kolei narodowe treści, które miano by produkować, promować i eksportować, są na tyle mało uniwersalne i nośne, że pachnąc boczkiem i kiełbasą z trudem skuszą utalentowanych, by brali je do ust lub chociaż na niesione przez siebie sztandary. Ambitny i tyleż utopijny projekt Kurskiego skazany jest na porażkę niejako z definicji – niewłaściwie definiując środki, które prowadzić mają do wątpliwego zresztą celu.

Gwoli ścisłości, Kurski mówił też rzeczy, z którymi trudno było się nie zgodzić, ale wyciągał z nich wnioski zupełnie dowolne. Słuchając go miałem wrażenie, że mógłby z równym zaangażowaniem mówić tezy przeciwne, wciąż pozostając sobą. Publiczność szybko to wyłapała i wystąpienie prezesa TVP okraszone było sarkastycznymi docinkami i zabawnymi komentarzami z sali, o ile w ogóle wystąpienie to kogoś interesowało (większości uczestników Kongresu Samorządów nie interesowało wcale).

Padło też fundamentalne pytanie z sali. Uczestnik spotkania przytomnie zauważył, że dla budowy silnych mediów (mniejsza nawet o to, czy narodowych) podstawowe znaczenie ma niezależność i rzetelność dziennikarska, czyli coś, czego media publiczne zostały w ostatnim czasie w sposób ostentacyjny pozbawione. Kurski zripostował, że nawet w opresyjnym systemie PRL’u sędziowie zachowali swoją niezależność, bo jego mama (sędzina) komunie się nie kłaniała. Wynika z tego, że jeżeli Telewizja Polska będzie zatrudniała nieusuwalnych sędziów na stanowiskach dziennikarzy, to nawet jeżeli Jarosław Kaczyński zachowa się jak Gomułka, to TVP ma szanse przejawiać niezależność. I niestety nic więcej z tego już nie wynika.

W gruncie rzeczy całe to pieprzenie o mediach narodowych ma jedynie przypudrować fakt, że w imię reformy i naprawy duże i liczące się w Polsce redakcje poddano całkowicie kontroli partyjnej, a niezależne dziennikarstwo, wraz z rzetelnością i innymi cechami przynależnymi zawodowi dziennikarza, po prostu w mediach publicznych zlikwidowano. Podstawową funkcją semantycznego unarodowienia Telewizji Publicznej jest przypisanie tej instytucji pozytywnych konotacji wciąż wiążących się w umysłach wielu obywateli z pojęciem “narodu”, a oddalenie tych, które łączą się z terminem “partia”. Nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, że Jacek Kurski tworzy przede wszystkim media partyjne, a nie żadne narodowe. Podobnie zresztą, jak Jarosław tworzy Polskę partyjną, choć skok na stanowiska i spółki jego pretorianie szumnie nazywają wstawaniem z kolan. No, chyba, że partia to naród, ale to już temat na zupełnie inny wpis i historię.

Na marginesie, samo pojęcie narodu jest pojęciem dzisiaj niezbyt aktualnym i raczej już archaizmem na gruncie nauk politycznych – używanie go od opisy przemian społecznych i politycznych we współczesnym świecie nie gwarantuje pożądanego stopnia adekwatności. Co z tego, skoro język współczesnej polskiej polityki odmienia “naród” przez wszystkie przypadki?

Poza tym, narodowa katastrofa nadal pozostaje katastrofą, choćby urosła do rangi pomnika, popiersia, czy narzutowego głazu.

*)  Z tego co pamiętam, był to czas, kiedy mediami publicznymi rządziła zdaje się koalicja PiS, Samoobrona, SLD, ale Tusk zamiast nocą przegłosować jakąś ustawę, co zrobił teraz PiS, po prostu respektował zastaną i sankcjonowaną rozwiązaniami prawnymi sytuację – w zamian nawołując do bojkotu finansowego nierzetelnych jego zdaniem mediów publicznych. Nawoływanie do bojkotu, przy założeniu, że ludzie nawoływani i tak decydują sami, jest zabiegiem zupełnie innego rodzaju, niż nocne Sejmu balety, których doświadczamy obecnie pod hasłem odnowy moralnej.


Mateusz Klinowski

<p><img class="alignleft wp-image-3378" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2015/10/Wyrok-JAF-837x1024.jpg"alt="Wyrok JAF" width="637" height="780" /></p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Nadrabiam zaległości blogowe, a nazbierało się ich sporo. W pierwszej kolejności sprawa procesu sądowego z rodziną Frączek, wadowickich restauratorów spod znaku wina, pizzy i parkingu. Proces o rzekome naruszenie dóbr osobistych ich firmy JAF Inwestycje (czyli Jan i Anna Frączek) zakończył się dla mnie pomyślnie – pozew oddalono, a wyrok pod koniec października uprawomocnił się w II instancji.</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Po niemal roku procesu, przesłuchaniu licznych świadków obu stron i przeczytaniu stert dokumentów Sąd Okręgowy w Krakowie przyznał mi rację i oddalił pozew o naruszenie dóbr osobistych spółki JAF. Państwo Frączek poprzez swoją firmę żądali w nim ode mnie sążnistych przeprosin, <strong>20 000 zł</strong> zadośćuczynienia dla siebie oraz nawiązki <strong>20 000 zł</strong> na rzecz stowarzyszenia Dać Szansę byłego starosty, obecnie radnego powiatowego Jacka Jończyka (w wadowickiej polityce nie dzieje się przypadkiem).</p>

<p style="text-align: justify;">Był to proces bardzo ciekawy, nie tylko ze względu na zeznania świadków strony powodowej – urzędników Urzędu Miejskiego w Wadowicach (dzisiaj już tam nie pracują). Po pierwsze, do rzekomego naruszenia dóbr osobistych spółki miało dojść poprzez sprostowanie materiału prasowego opublikowanego na łamach Kroniki Beskidzkiej. W tekście „Afery nie było” przedstawiono mnie jako niepoważnego krzykacza, którego zarzutom ani prokuratura, ani sąd nie przyznały racji. Postanowiłem więc przybliżyć czytelnikom fakty.</p>

<div id="attachment_2995" style="width: 610px" class="wp-caption alignnone"><a href="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2014/04/Kronika-Beskidzka-Afera-jednak-była.jpg"><imgclass="wp-image-2995 " src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2014/04/Kronika-Beskidzka-Afera-jednak-była.jpg" alt="To właśnie sprostowanie stanowi rzekome naruszenie dóbr osobistych spółki JAF Inwestycje " width="600" height="300" /></a><p class="wp-caption-text">Sprostowanie opublikowane przez Kronikę Beskidzką rzekomo naruszyło renomę spółki JAF Inwestycje</p></div>

<p style="text-align: justify;">W reakcji na ten tekst pozwała mnie spółka JAF, czyli sami Frączkowie. Twierdzili, że zarzucam im „aferę” i podaję nieprawdziwe informacje, bo restauracja posiadała wszystkie odbiory, a miejska działka jest dzierżawiona za stawki rynkowe. Wszystko to miałem czynić z niskich pobudek, by zniszczyć ich jako przedsiębiorców, a moja pisanina spowodowała, że gorzej sprzedaje się pizza. Frączkowie twierdzili również, że ich restauracja cieszy się mniejszym zainteresowaniem, bo z jej usług zrezygnował… Urząd Miejski, który nie organizuje już tam imprez.</p>

<p style="text-align: justify;">Akcja sądowa była skoordynowana – w tym samym czasie prywatny akt oskarżenia złożyła burmistrz Wadowic, a obecnie posłanka PIS. Ewa Filipiak zarzucała mi z kolei pomówienie – w tej samej sprawie. Współpraca trwała zresztą również w okresie kampanii wyborczej do samorządu, gdzie Ogrodowa wyraźnie opowiedziała się po stronie przegranej burmistrz, a rzecznik Kotarba spotykał się z Frączkami w restauracji i w imieniu „młodych pracowników Ogrodowej” redagował słynne listy otwarte.</p>

<p style="text-align: justify;">Przed sądem wykazałem prawdziwość twierdzeń na temat byłej burmistrz Wadowic, jej związków z Ogrodową i jej właścicielami, nieprawidłowości w procesie dzierżawienia gminnej działki na rzecz właścicieli Ogrodowej, jak również innych nieprawidłowości związanych z restauracją (użytkowanie bez pozwoleń restauracji i parkingu, uzyskanie mimo to zgody na podawanie alkoholu w lokalu, wódczana libacja z urzędnikami) – podpierając się dokumentami i zeznaniami świadków. Moje zarzuty potwierdził też audyt, czego następstwem jest złożone przez RIO zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez poprzednią burmistrz. Zarzuty nie formułowałem jako osoba prywatna, ale radny komisji rewizyjnej, którego obowiązkiem była kontrola postępowania burmistrza i Urzędu Miejskiego.</p>

<p style="text-align: justify;">W czasie postępowania sądowego Jan i Anna Frączek zarzucali mi, że spowodowałem spadek obrotów w ich restauracji. Jednak biznesmeni dowodzili tego nie za pomocą dokumentów, ale powołanych przez siebie świadków – urzędników. Kolejno zeznawali Stanisław Kotarba, Piotr Hajnosz, Anna Makuch, Marcin Płaszczyca (po stracie pracy w UM zaczął pracować w Ogrodowej – co zeznała Anna Frączek). Zeznania zakrawały na kpinę. Urzędnicy twierdzili, że do Ogrodowej w ogóle nie chodzą, ale widząc ją z pewnej odległości, a ponieważ restauracja jest przeszklona, potrafią ocenić, że pojawia się w niej coraz mniej osób.</p>

<div id="attachment_3400" style="width: 610px" class="wp-caption alignleft"><a href="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2016/02/2013.03.29-PINB-parking-widmo.jpg"><imgclass="wp-image-3400 " src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2016/02/2013.03.29-PINB-parking-widmo-973x1024.jpg" alt="" width="600" height="632" /></a><p class="wp-caption-text">Przez wiele lat parking przy Ogrodowej stanowił samowolę. PINB nie reagował. Po ustaniu dzierżawy na rzecz właścicieli restauracji stwierdził jednak, że nowa budowla zagraża życiu i zdrowiu poprzez niewłaściwe wyrysowanie linii. I parking dla mieszkańców zamknął.</p></div>

<p style="text-align: justify;">Piotr Hajnosz podnosił nawet, że skoro przestał do restauracji chodzić „z kolegami”, to z konieczności oznacza to, że do Ogrodowej chodzi mniej osób. Mniej o samego Piotra. Trudno z tym polemizować, prawda? Jedynie Marcin Płaszczyca przyznał, że nadal jest stałym gościem restauracji, ale nie potrafił powiedzieć, czy używana była jej większa część – właśnie ta przez wiele lat nieodebrana i stanowiąca plac budowy. Redaktor siedzi bowiem w miejscu, gdzie widok na większą część restauracji zasłania mu filar. Za zamawiane dla siebie jedzenie i picie zawsze płaci sam.</p>

<p style="text-align: justify;">Powołani z kolei przeze mnie świadkowie opowiadali o tym, że na placu budowy jednak biesiadowali, a także pili wódkę z urzędnikami w czasie oficjalnych miejskich imprez odbywających się w restauracji. Libacje odbywały się na koszt podatnika, bo jak skądinąd wiemy, w Ogrodowej poprzednia burmistrz wydawała dziesiątki tysięcy złotych. Słysząc te zeznania Anna Frączek „sprytnie” ripostowała, że w butelkach w kształcie butelek wódki podawała likier o smaku wódki – niskoprocentowy. I to pomimo tego, że Jan Frączek wyznał kiedyś w przypływie szczerości, że do golonki „musiał podać wódkę, bo tak nakazuje staropolski zwyczaj i gościnność”. Było naprawdę zabawnie.</p>

<div id="attachment_3401" style="width: 611px" class="wp-caption alignleft"><a href="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2016/02/2013.06.17-PINB-odbiór-Ogrodowej.jpg"><imgclass="wp-image-3401 " src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2016/02/2013.06.17-PINB-odbiór-Ogrodowej-922x1024.jpg" alt="2013.06.17 - PINB - odbiór Ogrodowej" width="601" height="668" /></a><p class="wp-caption-text">Dopiero w marcu 2013 roku restauracja Ogrodowa została w pełni odebrana. Do tego czasu stanowiła w większej części plac budowy, a uważni klienci mogli nawet zobaczyć wiszącą na jednej ze ścian tablicę informacyjną budowy.</p></div>

<p style="text-align: justify;">Kolejnym zaskoczeniem była konieczność wykazania przeze mną opinią biegłego, że stawka, po jakiej Frączkowie dzierżawili miejski grunt była rażąco nierynkowa. Powołany przez sąd na mój koszt rzeczoznawca majątkowy (1000 zł zaliczki) popełniał szkolne błędy metodologiczne na moją niekorzyść (poważnie niedoszacował wartość stawki rynkowej), o których powinienem napisać osobny wpis, ale i tak wykazał, że stawkę 3-krotnie zaniżono. Nie mam pojęcia, do czego sędziemu służyć miał ten dowód, skoro stawki na innych gminnych parkingach w przetargach wahają się pomiędzy 14-27 zł / m2, a Frączkowie początkowo płacili stawkę 0,11 zł, później zwiększoną do 1,05 zł? Sięganie po biegłych w takich duperelnych sprawach stanowi praktykę wymiaru sprawiedliwości, co jedynie zwiększa koszty postępowań płacone przez strony oraz powoduje przewlekłość postępowania. Ostatecznie koszt sporządzenia tej absurdalnej w świetle dostępnych informacji opinii biegłego obciążył pozywających.</p>

<p style="text-align: justify;">Wobec przedstawionych przeze mnie solidnych dowodów (dokumenty, zeznania) i bzdur opowiadanych przez świadków strony powodowej, nieprzychylny mi na ogół sędzia Wojciech Żukowski nie miał wyboru i powództwo oddalił. Co ciekawe, jako jeden z dowodów w sprawie przedstawiłem artykuły o tłumach na Ogrodowej pióra… Marcina Płaszczycy. Świadek wyraźnie przeczył w nim tezie, którą Frączkowie chcieli za jego pomocą wykazać przed sądem.</p>

<p style="text-align: justify;">W uzasadnieniu wyroku sędzia podniósł, że nie działałem w celu poniżenia rodziny Frączków, tylko w obronie interesu społecznego. Nie przekroczyłem też granic dozwolonej krytyki, bowiem podniesione przeze mnie zarzuty są w ocenie sądu prawdziwe. Podobnie ogłosił sąd II instancji, do którego wpłynęła apelacja JAF.</p>

<p style="text-align: justify;">Procesowi przyglądała się grupa moich studentów, dla których była to wymowna lekcja, na jakie postępowania i w jaki sposób marnotrawi się siły i środki wymiaru sprawiedliwości. W międzyczasie sukcesem zakończyłem również sprawę z Ewą Filipiak.</p>

<p style="text-align: justify;">Nie muszę chyba dodawać, że o żadnym z tych procesów ani słowa nie napisał „rzetelny” portal Wadowice24. Gdy pozwy i akty oskarżenia wpływały do sądu, Marcin Płaszczyca krzyczał tytułami: „Klinowski pozwany za kłamstwa!”. Teraz swoje mocno lokalne dziennikarstwo sprowadził do opisywania tego, co widzi przez szybę Ogrodowej. Tam usilnie zarabia na kawę, za którą przecież zawsze płaci…</p>

<p style="text-align: justify;">O sprawach związanych z Ogrodową i nie tylko przeczytać można więcej na <a href="http://inicjatywawadowice.pl/category/afery-wadowic/ogrodowa/"target="_blank">stronie Inicjatywy Wolne Wadowice</a>.</p>

<a href="http://mateuszklinowski.pl/2016/02/04/afera-jednak-byla/?utm_source=rss&utm_medium=rss&utm_campaign=afera-jednak-byla"class='bbc_url' rel='nofollow external'>Źródło</a>

Mateusz Klinowski

<p><img class="alignleft wp-image-3378" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2015/10/Wyrok-JAF-837x1024.jpg"alt="Wyrok JAF" width="637" height="780" /></p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Nadrabiam zaległości blogowe, a nazbierało się ich sporo. W pierwszej kolejności sprawa procesu sądowego z rodziną Frączek, wadowickich restauratorów spod znaku wina, pizzy i parkingu. Proces o rzekome naruszenie dóbr osobistych ich firmy JAF Inwestycje (czyli Jan i Anna Frączek) zakończył się dla mnie pomyślnie – pozew oddalono, a wyrok pod koniec października uprawomocnił się w II instancji.</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Po niemal roku procesu, przesłuchaniu licznych świadków obu stron i przeczytaniu stert dokumentów Sąd Okręgowy w Krakowie przyznał mi rację i oddalił pozew o naruszenie dóbr osobistych spółki JAF. Państwo Frączek poprzez swoją firmę żądali w nim ode mnie sążnistych przeprosin, <strong>20 000 zł</strong> zadośćuczynienia dla siebie oraz nawiązki <strong>20 000 zł</strong> na rzecz stowarzyszenia Dać Szansę byłego starosty, obecnie radnego powiatowego Jacka Jończyka (w wadowickiej polityce nie dzieje się przypadkiem).</p>

<p style="text-align: justify;">Był to proces bardzo ciekawy, nie tylko ze względu na zeznania świadków strony powodowej – urzędników Urzędu Miejskiego w Wadowicach (dzisiaj już tam nie pracują). Po pierwsze, do rzekomego naruszenia dóbr osobistych spółki miało dojść poprzez sprostowanie materiału prasowego opublikowanego na łamach Kroniki Beskidzkiej. W tekście „Afery nie było” przedstawiono mnie jako niepoważnego krzykacza, którego zarzutom ani prokuratura, ani sąd nie przyznały racji. Postanowiłem więc przybliżyć czytelnikom fakty.</p>

<figure id="attachment_2995" style="width: 1720px" class="wp-caption alignnone"><a href="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2014/04/Kronika-Beskidzka-Afera-jednak-była.jpg"><imgclass="wp-image-2995 size-full" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2014/04/Kronika-Beskidzka-Afera-jednak-była.jpg" alt="To właśnie sprostowanie stanowi rzekome naruszenie dóbr osobistych spółki JAF Inwestycje " width="1720" height="860" srcset="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2014/04/Kronika-Beskidzka-Afera-jednak-była-300x150.jpg 300w, http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2014/04/Kronika-Beskidzka-Afera-jednak-była-1024x512.jpg 1024w, http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2014/04/Kronika-Beskidzka-Afera-jednak-była.jpg 1720w" sizes="(max-width: 1720px) 100vw, 1720px" /></a><figcaption class="wp-caption-text">To właśnie sprostowanie stanowi rzekome naruszenie dóbr osobistych spółki JAF Inwestycje</figcaption></figure>

<p style="text-align: justify;">W reakcji na ten tekst pozwała mnie spółka JAF, czyli sami Frączkowie. Twierdzili, że zarzucam im „aferę” i podaję nieprawdziwe informacje, bo restauracja posiadała wszystkie odbiory, a miejska działka jest dzierżawiona za stawki rynkowe. Wszystko to miałem czynić z niskich pobudek, by zniszczyć ich jako przedsiębiorców, a moja pisanina spowodowała, że gorzej sprzedaje się pizza. Frączkowie twierdzili również, że ich restauracja cieszy się mniejszym zainteresowaniem, bo z jej usług zrezygnował… Urząd Miejski, który nie organizuje już tam imprez.</p>

<p style="text-align: justify;">Akcja sądowa była skoordynowana – w tym samym czasie prywatny akt oskarżenia złożyła burmistrz Wadowic, a obecnie posłanka PIS. Ewa Filipiak zarzucała mi z kolei pomówienie – w tej samej sprawie. Współpraca trwała również w okresie kampanii wyborczej do samorządu, gdzie Ogrodowa wyraźnie opowiedziała się po stronie przegranej burmistrz, a rzecznik Kotarba spotykał się z Frączkami w restauracji i w imieniu „młodych pracowników Ogrodowej” redagował słynne listy otwarte.</p>

<p style="text-align: justify;">Przed sądem wykazałem prawdziwość twierdzeń na temat byłej burmistrz Wadowic, jej związków z Ogrodową i jej właścicielami, nieprawidłowości w procesie dzierżawienia gminnej działki na rzecz właścicieli Ogrodowej, jak również innych nieprawidłowości związanych z restauracją (użytkowanie bez pozwoleń restauracji i parkingu, uzyskanie mimo to zgody na podawanie alkoholu w lokalu, wódczana libacja z urzędnikami) – podpierając się dokumentami i zeznaniami świadków. Moje zarzuty potwierdził audyt, czego następstwem jest złożone przez RIO zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez poprzednią burmistrz. Zarzuty nie formułowałem jako osoba prywatna, ale radny komisji rewizyjnej, którego obowiązkiem była kontrola postępowania burmistrza i urzędu miejskiego.</p>

<p style="text-align: justify;">W czasie postępowania sądowego państwo Jan i Anna Frączek zarzucali mi, że spowodowałem spadek obrotów w ich restauracji. Biznesmeni dowodzili tego nie za pomocą dokumentów, ale powołanych świadków – urzędników Urzędu Miejskiego. Kolejno zeznawali Stanisław Kotarba, Piotr Hajnosz, Anna Makuch, Marcin Płaszczyca (po stracie pracy w UM zaczął pracować w Ogrodowej – co zeznała Anna Frączek). Zeznania zakrawały na kpinę. Urzędnicy twierdzili, że do Ogrodowej nie chodzą (przedstawiłem zdjęcia, z których wynikało jednak co innego), bo „kręcę się w pobliżu” i mógłbym ich sfotografować, ale widząc ją z pewnej odległości potrafią ocenić, że w restauracji pojawia się coraz mniej osób.</p>

<figure id="attachment_3400" style="width: 973px" class="wp-caption alignleft"><a href="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2016/02/2013.03.29-PINB-parking-widmo.jpg"><imgclass="wp-image-3400 size-large" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2016/02/2013.03.29-PINB-parking-widmo-973x1024.jpg" alt="" width="973" height="1024" /></a><figcaption class="wp-caption-text">Przez wiele lat parking przy Ogrodowej stanowił samowolę. PINB nie reagował. Po ustaniu dzierżawy na rzecz właścicieli restauracji stwierdził jednak, że nowa budowla zagraża życiu i zdrowiu poprzez niewłaściwe wyrysowanie linii.</figcaption></figure>

<p style="text-align: justify;">Piotr Hajnosz podnosił, że skoro w obawie przed pomówieniem go o związki z Ogrodową przestał do niej chodzić „z kolegami”, to z konieczności oznacza to, że do Ogrodowej chodzi mniej osób. Mniej o samego Piotra. Trudno z tym polemizować, prawda? Marcin Płaszczyca przyznał, że jest stałym gościem restauracji, ale nie potrafił powiedzieć, czy używana była jej większa część – właśnie ta przez wiele lat nieodebrana i stanowiąca plac budowy. Siedzi bowiem w miejscy, gdzie widok na większą część restauracji zasłania mu filar.</p>

<p style="text-align: justify;">Powołani z kolei przeze mnie świadkowie opowiadali o tym, że na placu budowy jednak biesiadowali, co redaktorowi Płaszczycy umknęło, a także pili wódkę z urzędnikami w czasie oficjalnych miejskich imprez odbywających się w restauracji. Libacje odbywały się na koszt podatnika, bo jak skądinąd wiemy, w Ogrodowej poprzednia burmistrz wydawała dziesiątki tysięcy złotych. Anna Frączek „sprytnie” ripostowała, że w butelkach w kształcie butelek wódki podawała likier o smaku wódki – niskoprocentowy. I to pomimo tego, że Jan Frączek wyznał kiedyś w przypływie szczerości, że do golonki „musiał podać wódkę, bo tak nakazuje staropolski zwyczaj i gościnność”. Było naprawdę zabawnie.</p>

<figure id="attachment_3401" style="width: 922px" class="wp-caption alignleft"><a href="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2016/02/2013.06.17-PINB-odbiór-Ogrodowej.jpg"><imgclass="wp-image-3401 size-large" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2016/02/2013.06.17-PINB-odbiór-Ogrodowej-922x1024.jpg" alt="2013.06.17 - PINB - odbiór Ogrodowej" width="922" height="1024" /></a><figcaption class="wp-caption-text">Dopiero w marcu 2013 roku restauracja została odebrana w pełnym zakresie. Do tego czasu stanowiła w większej części plac budowy, a uważni klienci mogli nawet zobaczyć wiszącą na jednej ze ścian tablicę budowy. Redaktor Wadowice24 nie widział jej, ponieważ zasłaniał mu ją filar.</figcaption></figure>

<p style="text-align: justify;">Dowodem na wadliwość procedur wymiaru sprawiedliwości było również to, że zmuszony zostałem do wykazania opinią biegłego, że stawka, po jakiej Frączkowie dzierżawili miejski grunt była rażąco nierynkowa. Powołany przez sąd na mój koszt rzeczoznawca majątkowy (1000 zł zaliczki) popełniał szkolne błędy metodologiczne na moją niekorzyść (poważnie niedoszacował wartość stawki rynkowej), o których powinienem napisać osobny wpis, ale i tak wykazał, że stawkę 3-krotnie zaniżono. Nie mam pojęcia, do czego sędziemu służyć miał ten dowód, skoro stawki na innych gminnych parkingach w przetargach wahają się pomiędzy 14-27 zł / m2, a Frączkowie początkowo płacili stawkę 0,11 zł, później zwiększoną do 1,05 zł? Obawiam się, że sięganie po biegłych w takich duperelnych sprawach stanowi praktykę wymiaru sprawiedliwości, co jedynie zwiększa koszty postępowań płacone przez strony oraz powoduje przewlekłość postępowania. Ostatecznie koszt sporządzenia tej absurdalnej w świetle dostępnych informacji opinii biegłego obciążył pozywających.</p>

<p style="text-align: justify;">Wobec bzdur opowiadanych przez świadków strony powodowej, zeznań moich świadków, opinii biegłego oraz przedstawionych dokumentów, nieprzychylny mi na ogół sędzia Wojciech Żukowski nie miał wyboru i powództwo oddalił.</p>

<p style="text-align: justify;">Co ciekawe, jako jeden z dowodów w sprawie przedstawiłem artykuły o tłumach na Ogrodowej pióra… Marcina Płaszczycy. Świadek powoda wyraźnie przeczył w nim tezie, którą powód miał za jego pomocą wykazać przed sądem.</p>

<p style="text-align: justify;">W uzasadnieniu wyroku sędzia podniósł, że nie działałem w celu poniżenia rodziny Frączków, tylko w obronie interesu społecznego. Nie przekroczyłem też granic dozwolonej krytyki, bowiem podniesione przeze mnie zarzuty są w ocenie sądu prawdziwe.</p>

<p style="text-align: justify;">Procesowi przyglądała się grupa moich studentów, dla których była to wymowna lekcja, na jakie postępowania i w jaki sposób marnotrawi się siły i środki wymiaru sprawiedliwości. W międzyczasie sukcesem zakończyłem również sprawę z Ewą Filipiak.</p>

<p style="text-align: justify;">O żadnej z tych zakończonych dla mnie korzystnie spraw napisał oczywiście „rzetelny” portal Wadowice24. Gdy pozwy i akty oskarżenia wpływały do sądu, właściciel portalu Marcin Płaszczyca krzyczał tytułami: „Klinowski pozwany za kłamstwa!”. Teraz zajmuje się głównie widocznym przez szybę restauracji parkingiem, który do niedawna od gminy dzierżawili Frączkowie.</p>

<a href="http://mateuszklinowski.pl/2016/02/04/afera-ogrodowej-jednak-byla-sad-przyznal-mi-racje/"class='bbc_url' rel='nofollow external'>Źródło</a>

Mateusz Klinowski

Nadrabiam zaległości blogowe, a nazbierało się ich sporo. W pierwszej kolejności sprawa procesu sądowego z rodziną Frączek, wadowickich restauratorów spod znaku wina, pizzy i parkingu. Proces o rzekome naruszenie dóbr osobistych ich firmy JAF Inwestycje (czyli Jan i Anna Frączek) zakończył się dla mnie pomyślnie – pozew oddalono, a wyrok pod koniec października uprawomocnił się w II instancji.

Po niemal roku procesu, przesłuchaniu licznych świadków obu stron i przeczytaniu stert dokumentów Sąd Okręgowy w Krakowie przyznał mi rację i oddalił pozew o naruszenie dóbr osobistych spółki JAF. Państwo Frączek poprzez swoją firmę żądali w nim ode mnie sążnistych przeprosin, 20 000 zł zadośćuczynienia dla siebie oraz nawiązki 20 000 zł na rzecz stowarzyszenia Dać Szansę byłego starosty, obecnie radnego powiatowego Jacka Jończyka (w wadowickiej polityce nie dzieje się przypadkiem).

Był to proces bardzo ciekawy, nie tylko ze względu na zeznania świadków strony powodowej – urzędników Urzędu Miejskiego w Wadowicach (dzisiaj już tam nie pracują). Po pierwsze, do rzekomego naruszenia dóbr osobistych spółki miało dojść poprzez sprostowanie materiału prasowego opublikowanego na łamach Kroniki Beskidzkiej. W tekście „Afery nie było” przedstawiono mnie jako niepoważnego krzykacza, którego zarzutom ani prokuratura, ani sąd nie przyznały racji. Postanowiłem więc przybliżyć czytelnikom fakty.

To właśnie sprostowanie stanowi rzekome naruszenie dóbr osobistych spółki JAF InwestycjeTo właśnie sprostowanie stanowi rzekome naruszenie dóbr osobistych spółki JAF Inwestycje

W reakcji na ten tekst pozwała mnie spółka JAF, czyli sami Frączkowie. Twierdzili, że zarzucam im „aferę” i podaję nieprawdziwe informacje, bo restauracja posiadała wszystkie odbiory, a miejska działka jest dzierżawiona za stawki rynkowe. Wszystko to miałem czynić z niskich pobudek, by zniszczyć ich jako przedsiębiorców, a moja pisanina spowodowała, że gorzej sprzedaje się pizza. Frączkowie twierdzili również, że ich restauracja cieszy się mniejszym zainteresowaniem, bo z jej usług zrezygnował… Urząd Miejski, który nie organizuje już tam imprez.

Akcja sądowa była skoordynowana – w tym samym czasie prywatny akt oskarżenia złożyła burmistrz Wadowic, a obecnie posłanka PIS. Ewa Filipiak zarzucała mi z kolei pomówienie – w tej samej sprawie. Współpraca trwała również w okresie kampanii wyborczej do samorządu, gdzie Ogrodowa wyraźnie opowiedziała się po stronie przegranej burmistrz, a rzecznik Kotarba spotykał się z Frączkami w restauracji i w imieniu „młodych pracowników Ogrodowej” redagował słynne listy otwarte.

Przed sądem wykazałem prawdziwość twierdzeń na temat byłej burmistrz Wadowic, jej związków z Ogrodową i jej właścicielami, nieprawidłowości w procesie dzierżawienia gminnej działki na rzecz właścicieli Ogrodowej, jak również innych nieprawidłowości związanych z restauracją (użytkowanie bez pozwoleń restauracji i parkingu, uzyskanie mimo to zgody na podawanie alkoholu w lokalu, wódczana libacja z urzędnikami) – podpierając się dokumentami i zeznaniami świadków. Moje zarzuty potwierdził audyt, czego następstwem jest złożone przez RIO zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez poprzednią burmistrz. Zarzuty nie formułowałem jako osoba prywatna, ale radny komisji rewizyjnej, którego obowiązkiem była kontrola postępowania burmistrza i urzędu miejskiego.

W czasie postępowania sądowego państwo Jan i Anna Frączek zarzucali mi, że spowodowałem spadek obrotów w ich restauracji. Biznesmeni dowodzili tego nie za pomocą dokumentów, ale powołanych świadków – urzędników Urzędu Miejskiego. Kolejno zeznawali Stanisław Kotarba, Piotr Hajnosz, Anna Makuch, Marcin Płaszczyca (po stracie pracy w UM zaczął pracować w Ogrodowej – co zeznała Anna Frączek). Zeznania zakrawały na kpinę. Urzędnicy twierdzili, że do Ogrodowej nie chodzą (przedstawiłem zdjęcia, z których wynikało jednak co innego), bo „kręcę się w pobliżu” i mógłbym ich sfotografować, ale widząc ją z pewnej odległości potrafią ocenić, że w restauracji pojawia się coraz mniej osób.

2013.03.29-PINB-parking-widmo-973x1024.jPrzez wiele lat parking przy Ogrodowej stanowił samowolę. PINB nie reagował. Po ustaniu dzierżawy na rzecz właścicieli restauracji stwierdził jednak, że nowa budowla zagraża życiu i zdrowiu poprzez niewłaściwe wyrysowanie linii.

Piotr Hajnosz podnosił, że skoro w obawie przed pomówieniem go o związki z Ogrodową przestał do niej chodzić „z kolegami”, to z konieczności oznacza to, że do Ogrodowej chodzi mniej osób. Mniej o samego Piotra. Trudno z tym polemizować, prawda? Marcin Płaszczyca przyznał, że jest stałym gościem restauracji, ale nie potrafił powiedzieć, czy używana była jej większa część – właśnie ta przez wiele lat nieodebrana i stanowiąca plac budowy. Siedzi bowiem w miejscy, gdzie widok na większą część restauracji zasłania mu filar.

Powołani z kolei przeze mnie świadkowie opowiadali o tym, że na placu budowy jednak biesiadowali, co redaktorowi Płaszczycy umknęło, a także pili wódkę z urzędnikami w czasie oficjalnych miejskich imprez odbywających się w restauracji. Libacje odbywały się na koszt podatnika, bo jak skądinąd wiemy, w Ogrodowej poprzednia burmistrz wydawała dziesiątki tysięcy złotych. Anna Frączek „sprytnie” ripostowała, że w butelkach w kształcie butelek wódki podawała likier o smaku wódki – niskoprocentowy. I to pomimo tego, że Jan Frączek wyznał kiedyś w przypływie szczerości, że do golonki „musiał podać wódkę, bo tak nakazuje staropolski zwyczaj i gościnność”. Było naprawdę zabawnie.

2013.06.17 - PINB - odbiór OgrodowejDopiero w marcu 2013 roku restauracja została odebrana w pełnym zakresie. Do tego czasu stanowiła w większej części plac budowy, a uważni klienci mogli nawet zobaczyć wiszącą na jednej ze ścian tablicę budowy. Redaktor Wadowice24 nie widział jej, ponieważ zasłaniał mu ją filar.

Dowodem na wadliwość procedur wymiaru sprawiedliwości było również to, że zmuszony zostałem do wykazania opinią biegłego, że stawka, po jakiej Frączkowie dzierżawili miejski grunt była rażąco nierynkowa. Powołany przez sąd na mój koszt rzeczoznawca majątkowy (1000 zł zaliczki) popełniał szkolne błędy metodologiczne na moją niekorzyść (poważnie niedoszacował wartość stawki rynkowej), o których powinienem napisać osobny wpis, ale i tak wykazał, że stawkę 3-krotnie zaniżono. Nie mam pojęcia, do czego sędziemu służyć miał ten dowód, skoro stawki na innych gminnych parkingach w przetargach wahają się pomiędzy 14-27 zł / m2, a Frączkowie początkowo płacili stawkę 0,11 zł, później zwiększoną do 1,05 zł? Obawiam się, że sięganie po biegłych w takich duperelnych sprawach stanowi praktykę wymiaru sprawiedliwości, co jedynie zwiększa koszty postępowań płacone przez strony oraz powoduje przewlekłość postępowania. Ostatecznie koszt sporządzenia tej absurdalnej w świetle dostępnych informacji opinii biegłego obciążył pozywających.

Wobec bzdur opowiadanych przez świadków strony powodowej, zeznań moich świadków, opinii biegłego oraz przedstawionych dokumentów, nieprzychylny mi na ogół sędzia Wojciech Żukowski nie miał wyboru i powództwo oddalił.

Co ciekawe, jako jeden z dowodów w sprawie przedstawiłem artykuły o tłumach na Ogrodowej pióra… Marcina Płaszczycy. Świadek powoda wyraźnie przeczył w nim tezie, którą powód miał za jego pomocą wykazać przed sądem.

W uzasadnieniu wyroku sędzia podniósł, że nie działałem w celu poniżenia rodziny Frączków, tylko w obronie interesu społecznego. Nie przekroczyłem też granic dozwolonej krytyki, bowiem podniesione przeze mnie zarzuty są w ocenie sądu prawdziwe.

Procesowi przyglądała się grupa moich studentów, dla których była to wymowna lekcja, na jakie postępowania i w jaki sposób marnotrawi się siły i środki wymiaru sprawiedliwości. W międzyczasie sukcesem zakończyłem również sprawę z Ewą Filipiak.

O żadnej z tych zakończonych dla mnie korzystnie spraw napisał oczywiście „rzetelny” portal Wadowice24. Gdy pozwy i akty oskarżenia wpływały do sądu, właściciel portalu Marcin Płaszczyca krzyczał tytułami: „Klinowski pozwany za kłamstwa!”. Teraz zajmuje się głównie widocznym przez szybę restauracji parkingiem, który do niedawna od gminy dzierżawili Frączkowie.


Mateusz Klinowski

<p style="text-align: justify;"><img class="alignleft wp-image-3385 " src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2015/10/mat-8-lat-v2-767x1024.jpg"alt="" width="520" height="693" /></p>

<p style="text-align: justify;">Śmiałem się, gdy struchlali po zobaczeniu wyników wyborów znajomi wklejali na <em>Fejsie</em> komentarze o dźwiękach kolb walących w ich drzwi. Przestałem, gdy w poniedziałek przyszedłem do pracy. Zastałem tam wezwanie do prokuratury – w charakterze podejrzanego o czyn z art. 233 par.1 i 6 kodeksu karnego (składanie fałszywych zeznań). Żadnych więcej wyjaśnień nie otrzymałem. W dniu dzisiejszym przedstawiono mi zarzuty – w skrócie: złożyłem nieprawdziwe oświadczenie majątkowe w 2010 i 2011 roku, zatajając fakt posiadania pożyczki pieniężnej od osoby fizycznej. Oczywiście jest to nieprawda. Złożyłem obszerne wyjaśnienia i nie przyznałem się do popełnienia przestępstwa, bo też takiego przestępstwa nie było.</p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Pożyczka</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Prawdą jest, że omyłkowo nie wpisałem pożyczki od osoby fizycznej do oświadczenia majątkowego, a jedynie kredyt bankowy. Omyłkę tę natychmiast sprostowałem, gdy tylko zdałem sobie sprawę z jej zaistnienia. I to pomimo tego, że <strong>Urząd Skarbowy kontrolując oświadczenia majątkowe radnych nie dopatrzył się żadnego uchybienia w moim oświadczeniu majątkowym.</strong> Przepisy regulujące składanie oświadczeń majątkowych nie były jasne, stąd pewnie rozbieżności w ocenach.</p>

<p style="text-align: justify;">Poniżej ponownie publikuję pismo wskazujące na nieprawidłowości wykryte przez Urząd Skarbowy w oświadczeniach majątkowych kilkunastu radnych. Część z nich zaniżyła swój majątek, cześć swoje dochody. Żadnej z tych osób nie postawiono zarzutów. <strong>Prokuratura Rejonowa w Wadowicach postawiła je mnie i to za przestępstwo, którego Urząd Skarbowy nie dopatrzył się w moim oświadczeniu.</strong> Czekała na to 4 lata.</p>

<p style="text-align: justify;"><img class="alignleft wp-image-2545 size-full" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2013/02/Pismo-z-US-1.jpg"alt="Pismo z US 1" width="558" height="768" /><img class="alignleft wp-image-2546 size-full" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2013/02/Pismo-z-US-2.jpg" alt="Pismo z US 2" width="558" height="768" /><img class="alignleft wp-image-2547 size-full" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2013/02/Pismo-z-US-3.jpg" alt="Pismo z US 3" width="558" height="768" /></p>

<p style="text-align: justify;">Jak wynika z treści powyższego pisma, w moim oświadczeniu znalazły się drobne błędy: kwota dochodów powinna zostać rozbita na dochody z umowy o pracę i innych umów (sama kwota była poprawna) oraz podałem całkowitą wartość kredytu bankowego, a nie wartość na dzień złożenia oświadczenia (zawyżyłem swój dług). <strong>Nigdy później Urząd Skarbowy nie miał zastrzeżeń do moich oświadczeń majątkowych.</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Podkreślam w tym miejscu, że <strong>w sprawie zachowałem dalece posuniętą uczciwość – nie tylko opłaciłem podatek od pożyczki od osoby fizycznej (kto tak robi?), ale również sam ją zadeklarowałem prostując oświadczenie majątkowe w trybie przewidzianym przez Urząd Skarbowy.</strong> Tylko dlatego dzisiaj prokuratura mogła postawić mi jakikolwiek zarzut. Wygląda na to, że uczciwość nie popłaca.</p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Prokuratura polityczna?</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Warto wiedzieć, że Prokuratura Rejonowa, która postawiła mi zarzuty, <strong>nie potrafiła wcześniej postawić zarzutów mojej poprzedniczce</strong> – pomimo udowodnienia przeze mnie licznych, poważnych nieprawidłowości, potwierdzonych dzisiaj kontrolą RIO. Ewa Filipiak została z listy PiS wciągnięta właśnie do Sejmu przez Beatę Szydło. Zarzutów już nigdy nie usłyszy.</p>

<p style="text-align: justify;">Jestem kolejną osobą ze <em>Stowarzyszenia Wolne Wadowice</em>, której prokuratura postawiła zarzuty. Wcześniej usłyszał je Bolesław Kot (ujawnił nazwisko prześladującego go internauty – Stanisława Kotarby, prawej ręki Ewy Filipiak, o którym poinformowała go sama prokuratura) oraz Paweł Koper (miał sprzedawać bez zezwolenia alkohol). W sprawie Kota sąd nawet nie wszczął postępowania, uznając akt oskarżenia za bezpodstawny, Kopra prawomocnie uniewinniono.</p>

<p style="text-align: justify;">Wielokrotnie zarzucałem miejscowej prokuraturze tuszowanie nieprawidłowości popełnianych przez Ewę Filipiak i jej urzędników oraz wykorzystywanie do politycznych gier (stawianie karkołomnych zarzutów nie do utrzymania przed sądem tylko na potrzeby medialne). Natychmiast po moim wyjściu z Prokuratury o sprawie dowiedziały się lokalne media. Brakowało tylko konferencji prasowej.</p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Represje polityczne?</strong></p>

<p style="text-align: justify;">W piątek prawomocnie zakończył się również mój proces z Janem i Anną Frączek o ochronę dóbr osobistych – sądy dwóch instancji przyznały, że miałem rację zawiadamiając CBA i inne organy państwa o nieprawidłowościach wokół restauracji Ogrodowa, w których udział brała obecna poseł PiS.</p>

<p style="text-align: justify;">Od wyboru na fotel burmistrza Wadowic spływają na mnie kolejne donosy i zawiadomienia – przesłuchiwane są nawet osoby, które zgodnie z prawem wpłaciły pieniądze na kampanię mojego komitetu wyborczego. Są to zachowania nie do pomyślenia w demokratycznym państwie.</p>

<p style="text-align: justify;">Na zakończenie: od objęcia funkcji burmistrza znacząco zmniejszyłem kwoty zamówień publicznych realizowanych przez Gminę – nieraz o 50%. Połączcie fakty.</p>

<p style="text-align: justify;">Czy demokratyczne państwo prawa, na rzecz którego od dawna działam, zwycięży? Wierzę, że tego doczekam.</p>

<p style="text-align: justify;">

<a href="http://mateuszklinowski.pl/2015/10/28/prokuratura-wlasnie-postawila-mi-zarzuty-witamy-w-panstwie-pis/?utm_source=rss&utm_medium=rss&utm_campaign=prokuratura-wlasnie-postawila-mi-zarzuty-witamy-w-panstwie-pis"class='bbc_url' rel='nofollow external'>Źródło</a>

Mateusz Klinowski

<p style="text-align: justify;"><img class="alignleft wp-image-3385 " src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2015/10/mat-8-lat-v2-767x1024.jpg"alt="" width="520" height="693" /></p>

<p style="text-align: justify;">Śmiałem się, gdy struchlali po zobaczeniu wyników wyborów znajomi wklejali na <em>Fejsie</em> komentarze o dźwiękach kolb walących w ich drzwi. Przestałem, gdy w poniedziałek przyszedłem do pracy. Zastałem tam wezwanie do prokuratury – w charakterze podejrzanego o czyn z art. 233 par.1 i 6 kodeksu karnego (składanie fałszywych zeznań). Żadnych więcej wyjaśnień nie otrzymałem. W dniu dzisiejszym przedstawiono mi zarzuty – w skrócie: złożyłem nieprawdziwe oświadczenie majątkowe w 2010 i 2011 roku, zatajając fakt posiadania pożyczki pieniężnej od osoby fizycznej. Oczywiście jest to nieprawda. Złożyłem obszerne wyjaśnienia i nie przyznałem się do popełnienia przestępstwa, bo też takiego przestępstwa nie było.</p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Pożyczka</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Prawdą jest, że omyłkowo nie wpisałem pożyczki od osoby fizycznej do oświadczenia majątkowego, a jedynie kredyt bankowy. Omyłkę tę natychmiast sprostowałem, gdy tylko zdałem sobie sprawę z jej zaistnienia. I to pomimo tego, że <strong>Urząd Skarbowy kontrolując oświadczenia majątkowe radnych nie dopatrzył się żadnego uchybienia w moim oświadczeniu majątkowym.</strong> Przepisy regulujące składanie oświadczeń majątkowych nie były jasne, stąd pewnie rozbieżności w ocenach.</p>

<p style="text-align: justify;">Poniżej ponownie publikuję pismo wskazujące na nieprawidłowości wykryte przez Urząd Skarbowy w oświadczeniach majątkowych kilkunastu radnych. Część z nich zaniżyła swój majątek, cześć swoje dochody. Żadnej z tych osób nie postawiono zarzutów. <strong>Prokuratura Rejonowa w Wadowicach postawiła je mnie i to za przestępstwo, którego Urząd Skarbowy nie dopatrzył się w moim oświadczeniu.</strong> Czekała na to 4 lata.</p>

<p style="text-align: justify;"><img class="alignleft wp-image-2545 size-full" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2013/02/Pismo-z-US-1.jpg"alt="Pismo z US 1" width="558" height="768" /><img class="alignleft wp-image-2546 size-full" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2013/02/Pismo-z-US-2.jpg" alt="Pismo z US 2" width="558" height="768" /><img class="alignleft wp-image-2547 size-full" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2013/02/Pismo-z-US-3.jpg" alt="Pismo z US 3" width="558" height="768" /></p>

<p style="text-align: justify;">Jak wynika z treści powyższego pisma, w moim oświadczeniu znalazły się drobne błędy: kwota dochodów powinna zostać rozbita na dochody z umowy o pracę i innych umów (sama kwota była poprawna) oraz podałem całkowitą wartość kredytu bankowego, a nie wartość na dzień złożenia oświadczenia (zawyżyłem swój dług). <strong>Nigdy później Urząd Skarbowy nie miał zastrzeżeń do moich oświadczeń majątkowych.</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Podkreślam w tym miejscu, że <strong>w sprawie zachowałem dalece posuniętą uczciwość – nie tylko opłaciłem podatek od pożyczki od osoby fizycznej (kto tak robi?), ale również sam ją zadeklarowałem prostując oświadczenie majątkowe w trybie przewidzianym przez Urząd Skarbowy.</strong> Tylko dlatego dzisiaj prokuratura mogła postawić mi jakikolwiek zarzut. Wygląda na to, że uczciwość nie popłaca.</p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Prokuratura polityczna?</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Warto wiedzieć, że Prokuratura Rejonowa, która postawiła mi zarzuty, <strong>nie potrafiła wcześniej postawić zarzutów mojej poprzedniczce</strong> – pomimo udowodnienia przeze mnie licznych, poważnych nieprawidłowości, potwierdzonych dzisiaj kontrolą RIO. Ewa Filipiak została z listy PiS wciągnięta właśnie do Sejmu przez Beatę Szydło. Zarzutów już nigdy nie usłyszy.</p>

<p style="text-align: justify;">Jestem kolejną osobą ze <em>Stowarzyszenia Wolne Wadowice</em>, której prokuratura postawiła zarzuty. Wcześniej usłyszał je Bolesław Kot (ujawnił nazwisko prześladującego go internauty – Stanisława Kotarby, prawej ręki Ewy Filipiak, o którym poinformowała go sama prokuratura) oraz Paweł Koper (miał sprzedawać bez zezwolenia alkohol). W sprawie Kota sąd nawet nie wszczął postępowania, uznając akt oskarżenia za bezpodstawny, Kopra prawomocnie uniewinniono.</p>

<p style="text-align: justify;">Wielokrotnie zarzucałem miejscowej prokuraturze tuszowanie nieprawidłowości popełnianych przez Ewę Filipiak i jej urzędników oraz wykorzystywanie do politycznych gier (stawianie karkołomnych zarzutów nie do utrzymania przed sądem tylko na potrzeby medialne). Natychmiast po moim wyjściu z Prokuratury o sprawie dowiedziały się lokalne media. Brakowało tylko konferencji prasowej.</p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Represje polityczne?</strong></p>

<p style="text-align: justify;">W piątek prawomocnie zakończył się również mój proces z Janem i Anną Frączek o ochronę dóbr osobistych – sądy dwóch instancji przyznały, że miałem rację zawiadamiając CBA i inne organy państwa o nieprawidłowościach wokół restauracji Ogrodowa, w których udział brała obecna poseł PiS.</p>

<p style="text-align: justify;">Od wyboru na fotel burmistrza Wadowic spływają na mnie kolejne donosy i zawiadomienia – przesłuchiwane są nawet osoby, które zgodnie z prawem wpłaciły pieniądze na kampanię mojego komitetu wyborczego. Są to zachowania nie do pomyślenia w demokratycznym państwie.</p>

<p style="text-align: justify;">Na zakończenie: od objęcia funkcji burmistrza znacząco zmniejszyłem kwoty zamówień publicznych realizowanych przez Gminę – nieraz o 50%. Połączcie fakty.</p>

<p style="text-align: justify;">Czy demokratyczne państwo prawa, na rzecz którego od dawna działam, zwycięży? Wierzę, że tego doczekam.</p>

<p style="text-align: justify;">

<a href="http://mateuszklinowski.pl/2015/10/28/prokuratura-wlasnie-postawila-mi-zarzuty-witamy-w-panstwie-pis/"class='bbc_url' rel='nofollow external'>Źródło</a>

Mateusz Klinowski

Śmiałem się, gdy struchlali po zobaczeniu wyników wyborów znajomi wklejali na Fejsie komentarze o dźwiękach kolb walących w ich drzwi. Przestałem, gdy w poniedziałek przyszedłem do pracy. Zastałem tam wezwanie do prokuratury – w charakterze podejrzanego o czyn z art. 233 par.1 i 6 kodeksu karnego (składanie fałszywych zeznań). Żadnych więcej wyjaśnień nie otrzymałem. W dniu dzisiejszym przedstawiono mi zarzuty – w skrócie: złożyłem nieprawdziwe oświadczenie majątkowe w 2010 i 2011 roku, zatajając fakt posiadania pożyczki pieniężnej od osoby fizycznej. Oczywiście jest to nieprawda. Złożyłem obszerne wyjaśnienia i nie przyznałem się do popełnienia przestępstwa, bo też takiego przestępstwa nie było.

Pożyczka

Prawdą jest, że omyłkowo nie wpisałem pożyczki od osoby fizycznej do oświadczenia majątkowego, a jedynie kredyt bankowy. Omyłkę tę natychmiast sprostowałem, gdy tylko zdałem sobie sprawę z jej zaistnienia. I to pomimo tego, że Urząd Skarbowy kontrolując oświadczenia majątkowe radnych nie dopatrzył się żadnego uchybienia w moim oświadczeniu majątkowym. Przepisy regulujące składanie oświadczeń majątkowych nie były jasne, stąd pewnie rozbieżności w ocenach.

Poniżej ponownie publikuję pismo wskazujące na nieprawidłowości wykryte przez Urząd Skarbowy w oświadczeniach majątkowych kilkunastu radnych. Część z nich zaniżyła swój majątek, cześć swoje dochody. Żadnej z tych osób nie postawiono zarzutów. Prokuratura Rejonowa w Wadowicach postawiła je mnie i to za przestępstwo, którego Urząd Skarbowy nie dopatrzył się w moim oświadczeniu. Czekała na to 4 lata.

Pismo z US 1Pismo z US 2Pismo z US 3

Jak wynika z treści powyższego pisma, w moim oświadczeniu znalazły się drobne błędy: kwota dochodów powinna zostać rozbita na dochody z umowy o pracę i innych umów (sama kwota była poprawna) oraz podałem całkowitą wartość kredytu bankowego, a nie wartość na dzień złożenia oświadczenia (zawyżyłem swój dług). Nigdy później Urząd Skarbowy nie miał zastrzeżeń do moich oświadczeń majątkowych.

Podkreślam w tym miejscu, że w sprawie zachowałem dalece posuniętą uczciwość – nie tylko opłaciłem podatek od pożyczki od osoby fizycznej (kto tak robi?), ale również sam ją zadeklarowałem prostując oświadczenie majątkowe w trybie przewidzianym przez Urząd Skarbowy. Tylko dlatego dzisiaj prokuratura mogła postawić mi jakikolwiek zarzut. Wygląda na to, że uczciwość nie popłaca.

Prokuratura polityczna?

Warto wiedzieć, że Prokuratura Rejonowa, która postawiła mi zarzuty, nie potrafiła wcześniej postawić zarzutów mojej poprzedniczce – pomimo udowodnienia przeze mnie licznych, poważnych nieprawidłowości, potwierdzonych dzisiaj kontrolą RIO. Ewa Filipiak została z listy PiS wciągnięta właśnie do Sejmu przez Beatę Szydło. Zarzutów już nigdy nie usłyszy.

Jestem kolejną osobą ze Stowarzyszenia Wolne Wadowice, której prokuratura postawiła zarzuty. Wcześniej usłyszał je Bolesław Kot (ujawnił nazwisko prześladującego go internauty – Stanisława Kotarby, prawej ręki Ewy Filipiak, o którym poinformowała go sama prokuratura) oraz Paweł Koper (miał sprzedawać bez zezwolenia alkohol). W sprawie Kota sąd nawet nie wszczął postępowania, uznając akt oskarżenia za bezpodstawny, Kopra prawomocnie uniewinniono.

Wielokrotnie zarzucałem miejscowej prokuraturze tuszowanie nieprawidłowości popełnianych przez Ewę Filipiak i jej urzędników oraz wykorzystywanie do politycznych gier (stawianie karkołomnych zarzutów nie do utrzymania przed sądem tylko na potrzeby medialne). Natychmiast po moim wyjściu z Prokuratury o sprawie dowiedziały się lokalne media. Brakowało tylko konferencji prasowej.

Represje polityczne?

W piątek prawomocnie zakończył się również mój proces z Janem i Anną Frączek o ochronę dóbr osobistych – sądy dwóch instancji przyznały, że miałem rację zawiadamiając CBA i inne organy państwa o nieprawidłowościach wokół restauracji Ogrodowa, w których udział brała obecna poseł PiS.

Od wyboru na fotel burmistrza Wadowic spływają na mnie kolejne donosy i zawiadomienia – przesłuchiwane są nawet osoby, które zgodnie z prawem wpłaciły pieniądze na kampanię mojego komitetu wyborczego. Są to zachowania nie do pomyślenia w demokratycznym państwie.

Na zakończenie: od objęcia funkcji burmistrza znacząco zmniejszyłem kwoty zamówień publicznych realizowanych przez Gminę – nieraz o 50%. Połączcie fakty.

Czy demokratyczne państwo prawa, na rzecz którego od dawna działam, zwycięży? Wierzę, że tego doczekam.


Mateusz Klinowski

<p><img class="alignleft wp-image-3368" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2015/09/zawsze-wierni.jpg"alt="zawsze wierni" width="600" height="450" /></p>

<p style="text-align: justify;"><em>Wstyd mi, Polsko. Dlatego dedykuję Ci kilka tych myśli. To nie atak, lecz obrona – naszych tradycji, religii i dziedzictwa Wielkiego Polaka, które po raz kolejny targamy bez litości, sensu i opamiętania…</em></p>

<p style="text-align: justify;">1. Stosunek do „obcych” jest miarą naszego człowieczeństwa. W Polsce z człowieczeństwem mamy zatem problem, o czym świadczy nie tylko trwająca, bezprzykładna nagonka na „emigrantów” czy „uchodźców”, ale przede wszystkim prowadzone od lat badania. Socjolodzy alarmują, że poziom zaufania wśród Polaków jest dramatycznie niski – przede wszystkim do samych siebie. <strong>Gardzimy współobywatelami, sypiąc im na co dzień w twarz „kurwy” i „chuje”, kradnąc na potęgę, „idąc na pięści” przy byle okazji.</strong> Zawiść, agresja, ogólny brak kultury bycia, obycia i zachowania obniżają kapitał społeczny, tworzą okoliczności hamujące rozwój gospodarczy kraju, negatywnie wpływając na jakość życia. To fakty, ale nikt w pierś się nie bije. Mobilizacji narodowej brak. Doświadczamy jej dopiero teraz, kiedy odpór należy dać „uchodźcom” – niosącym terror i zagrażającym naszemu „sielskiemu” światu, królestwu codziennych bluzg, nienawiści i nieufności.</p>

<p style="text-align: justify;">2. Nie jest prawdą, że islam to terror i nienawiść do Europejczyków. Podróżowałem po Bliskim Wschodzie, żyłem wśród „muzułmanów”, „islamistów”, a nawet „terrorystów”. Nigdzie nie czułem się tak bezpiecznie, jak tam. <strong>Islam to kultura gościnności, poszanowania dla „obcego”. </strong>Niestety, Bliski Wschód targany jest politycznymi konfliktami, rozniecanymi przez światowe mocarstwa, w związku z surowcami. W tym „koncercie mocarstw” wzięliśmy również swój zbrojny udział – w poszukiwaniu ekonomicznych i politycznych korzyści. Nie było to ukrywane – przeciwnie – rząd otwarcie deklarował naszą interesowność w bliskowschodniej krucjacie, przy aprobacie mediów i opinii publicznej.</p>

<p style="text-align: justify;">3. Nie jest prawdą, że muzułmanie się nie asymilują i zawsze stanowią problem społeczny. Mieszkałem w Niemczech, kraju ze sporą mniejszością muzułmańską oraz emigrantami z Afryki. Dusseldorf to miasto kolorowe, turecko-afrykańsko-polskie. A jednocześnie wszyscy ci młodzi ludzie mówią po niemiecku i Niemcami się czują. To dzieci emigrantów, głównie ekonomicznych.</p>

<p style="text-align: justify;">Nie powiem, że w Niemczech segregacja rasowa nie istnieje, część zawodów i ról społecznych nadal przede wszystkim zajmują biali Niemcy. Nie sposób jednak twierdzić, że asymilacja emigrantów w Niemczech się nie udała. Afrykanie czy Turcy czują się Niemcami, przyjęli niemiecką kulturę i kiełbasę, a niemiecka kultura wchłonęła ich muzyczne rytmy i kebaby. Podobnie stało się z emigrującymi za chlebem Polakami. Dzisiaj są oni w pełni obywatelami Niemiec, choć szanują na ogół swoje polskie korzenie.</p>

<p style="text-align: justify;">Na marginesie, raz tylko na ulicy w Niemczech spotkałem się z rasistowskimi wybrykami. Niemieccy dresiarze zaczepiali Latynosów. Gdy podszedłem bliżej, usłyszałem, że dresiarze pomiędzy sobą mówią… po polsku. To synowie naszych Gastarbeiterów. Ich skorupki zdążyły jednak nasiąknąć polskością. Na niemieckiej, tolerancyjnej i demokratycznej ziemi natura tej skorupki stała się ona dla mnie widoczna aż nadto.</p>

<p style="text-align: justify;">Kilku spotkanych przeze mnie czarnych Francuzów za Francuzów się nie uważa. We Francji dochodziło do zamieszek na tle różnic kulturowych, ale przyczyną było polityczne i gospodarcze wykluczenie. Francja to więc przykład na porażkę polityki asymilacji, Niemcy przeciwnie. <strong>To nie muzułmanie są problemem, ale polityka kraju, do którego trafiają.</strong></p>

<figure id="attachment_3372" style="width: 600px" class="wp-caption alignleft"><img class="wp-image-3372" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2015/09/DSCF3274.jpg"alt="DSCF3274" width="600" height="450" /><figcaption class="wp-caption-text">Syryjska ulica w 2010 roku (fot. E. Górska)</figcaption></figure>

<p style="text-align: justify;">4. Do Polski ma trafić około 12 000 uchodźców. Polaków mieszka tu około 38 000 000. Wyrażony w liczbach problem uchodźców nie istnieje. Wyrażony moralnym poruszeniem już teraz jest katastrofą. Polska dusza jest chora. Kto odpowiada za chorobę? Nauka historii pozwala często zrozumieć źródła teraźniejszych zjawisk, większość z nich powtarza się bowiem na przestrzeni dziejów. Zmieniają się dekoracje, ale stosunki społeczne pozostają niezmienne od dekad i wieków. Bo i niezmienna jest nasza <em>ludzka natura</em>.</p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Na ziemiach polskich mieliśmy eksplozję nienawiści, skierowaną przede wszystkim w stronę innowierców</strong>, żydów – wyzwoliła ją okupacja niemiecka w czasie II wojny światowej. Uczeni badając to zjawisko wskazali przyczynę – indoktrynację ze strony Kościoła i zarażanie mas ideologią narodowego szowinizmu. Stąd pogromy. Dzisiaj również obserwuję gejzery nienawiści, często wśród młodych ludzi deklarujących miłość Bogu. „Bóg jest Wielki” – piszą na Facebooku, aby zaraz nawoływać do rozprawy ze światem islamu. Czym polskie, swojskie i katolickie „Bóg jest wielki” różni się od „Allahu Akbar”?</p>

<p style="text-align: justify;">Zadaję sobie kolejne pytanie: jaką rolę pełni religia w szkołach – powszechna indoktrynacja katolicką ideologią? Uczy tolerancji, czy kultywuje tradycje, które już kiedyś doprowadziły nas na skraj piekła i płonącej stodoły? Czy pokolenie JPII umarło, zanim zdołało wywrzeć jakikolwiek wpływ, pogrzebane wspólnym wysiłkiem księży katechetów?</p>

<p style="text-align: justify;">5. „Muzułmanie gwałcą i przedmiotowo traktują kobiety” – pobrzmiewa narodowe, kibolskie wezwanie do obrony polskich kobiet. Ale <strong>polskie kobiety bite i gwałcone są przez polskich i katolickich mężów i konkubentów</strong> – często pijanych. A kto stał się niedawno światowym symbolem seksualnego wykorzystywania dzieci? Polacy mają się czego wstydzić i z czego tłumaczyć. Narodowi katolicy nie ruszyli jednak na ratunek gnębionym kobietom, aprobują ten stan rzeczy. Świadczą o tym nie tylko niskie wyroki zapadające na sprawców przemocy wobec kobiet (w tym gwałtów!), ale również niedawne kłopoty z ratyfikacją konwencji antyprzemocowej. Walczymy za to o zygoty i inne życie poczęte, ulegając logice tematów zastępczych. Tymczasem prawdziwe demony wciąż umykają zbiorowym egzorcyzmom.</p>

<p style="text-align: justify;">Prawdą jest, że kobiety traktowane są przedmiotowo w niektórych muzułmańskich społecznościach, podobnie jak żydowskich, protestanckich, romskich i innych. Z tym, że w Polsce to nie te społeczności stanowią problem. A przy okazji, islam alkoholu akurat zakazuje.</p>

<p style="text-align: justify;">6. Symbolem pontyfikatu Jana Pawła II był ekumenizm i dialog pomiędzy kulturami. <strong>Jak kultywujemy papieskie dziedzictwo w Polsce? </strong>W Wadowicach? W bawarskim Marktl, mieście Benedykta XVI wielkości Choczni (wieś obok Wadowic), od dawna mieszkają rodziny syryjskie. Bawarskie parafie przyjęły je bez rozgłosu i bez ksenofobicznych krzyków. A przecież pamiętamy, kto pochodził z Bawarii…</p>

<p style="text-align: justify;">Dzisiaj Wadowice również oferują swoją pomoc potrzebującym uchodźcom. To moralny obowiązek tych, którzy żyją w cieniu papieskich pomników. Ostatni moment, by nie skarleć wśród krzyków o zagrożeniu… ze strony religii mającej przecież wspólne źródła z chrześcijaństwem.</p>

<p style="text-align: justify;">Pod wieloma względami <strong>krzyk przeciwko islamowi jest też krzykiem za odrzuceniem katolicyzmu</strong>. I dowodem, że katolicyzm sczezł już dawno w kraju nad Wisłą. Ale tego moi zatroskani, jakże narodowi i katoliccy współobywatele już nie dostrzegają.</p>

<p style="text-align: justify;">Czy w dzisiejszych czasach trzeba być ateistą, aby pozostać uczniem Chrystusa? Odpowiedź znajdziecie przeglądając profile swoich znajomych na fejsie.</p>

<a href="http://mateuszklinowski.pl/2015/09/19/uchodzcy-w-wadowicach-to-moralny-obowiazek-papieskiego-miasta/"class='bbc_url' rel='nofollow external'>Źródło</a>

Mateusz Klinowski

 

Wstyd mi, Polsko. Dlatego dedykuję Ci kilka tych myśli. To nie atak, lecz obrona – naszych tradycji, religii i dziedzictwa Wielkiego Polaka, które po raz kolejny targamy bez litości, sensu i opamiętania…

1. Stosunek do „obcych” jest miarą naszego człowieczeństwa. W Polsce z człowieczeństwem mamy zatem problem, o czym świadczy nie tylko trwająca, bezprzykładna nagonka na „emigrantów” czy „uchodźców”, ale przede wszystkim prowadzone od lat badania. Socjolodzy alarmują, że poziom zaufania wśród Polaków jest dramatycznie niski – przede wszystkim do samych siebie. Gardzimy współobywatelami, sypiąc im na co dzień w twarz „kurwy” i „chuje”, kradnąc na potęgę, „idąc na pięści” przy byle okazji. Zawiść, agresja, ogólny brak kultury bycia, obycia i zachowania obniżają kapitał społeczny, tworzą okoliczności hamujące rozwój gospodarczy kraju, negatywnie wpływając na jakość życia. To fakty, ale nikt w pierś się nie bije. Mobilizacji narodowej brak. Doświadczamy jej dopiero teraz, kiedy odpór należy dać „uchodźcom” – niosącym terror i zagrażającym naszemu „sielskiemu” światu, królestwu codziennych bluzg, nienawiści i nieufności.

2. Nie jest prawdą, że islam to terror i nienawiść do Europejczyków. Podróżowałem po Bliskim Wschodzie, żyłem wśród „muzułmanów”, „islamistów”, a nawet „terrorystów”. Nigdzie nie czułem się tak bezpiecznie, jak tam. Islam to kultura gościnności, poszanowania dla „obcego”. Niestety, Bliski Wschód targany jest politycznymi konfliktami, rozniecanymi przez światowe mocarstwa, w związku z surowcami. W tym „koncercie mocarstw” wzięliśmy również swój zbrojny udział – w poszukiwaniu ekonomicznych i politycznych korzyści. Nie było to ukrywane – przeciwnie – rząd otwarcie deklarował naszą interesowność w bliskowschodniej krucjacie, przy aprobacie mediów i opinii publicznej.

3. Nie jest prawdą, że muzułmanie się nie asymilują i zawsze stanowią problem społeczny. Mieszkałem w Niemczech, kraju ze sporą mniejszością muzułmańską oraz emigrantami z Afryki. Dusseldorf to miasto kolorowe, turecko-afrykańsko-polskie. A jednocześnie wszyscy ci młodzi ludzie mówią po niemiecku i Niemcami się czują. To dzieci emigrantów, głównie ekonomicznych.

Nie powiem, że w Niemczech segregacja rasowa nie istnieje, część zawodów i ról społecznych nadal przede wszystkim zajmują biali Niemcy. Nie sposób jednak twierdzić, że asymilacja emigrantów w Niemczech się nie udała. Afrykanie czy Turcy czują się Niemcami, przyjęli niemiecką kulturę i kiełbasę, a niemiecka kultura wchłonęła ich muzyczne rytmy i kebaby. Podobnie stało się z emigrującymi za chlebem Polakami. Dzisiaj są oni w pełni obywatelami Niemiec, choć szanują na ogół swoje polskie korzenie.

Na marginesie, raz tylko na ulicy w Niemczech spotkałem się z rasistowskimi wybrykami. Niemieccy dresiarze zaczepiali Latynosów. Gdy podszedłem bliżej, usłyszałem, że dresiarze pomiędzy sobą mówią… po polsku. To synowie naszych Gastarbeiterów. Ich skorupki zdążyły jednak nasiąknąć polskością. Na niemieckiej, tolerancyjnej i demokratycznej ziemi natura tej skorupki stała się ona dla mnie widoczna aż nadto.

Kilku spotkanych przeze mnie czarnych Francuzów za Francuzów się nie uważa. We Francji dochodziło do zamieszek na tle różnic kulturowych, ale przyczyną było polityczne i gospodarcze wykluczenie. Francja to więc przykład na porażkę polityki asymilacji, Niemcy przeciwnie. To nie muzułmanie są problemem, ale polityka kraju, do którego trafiają.

DSCF3274Syryjska ulica w 2010 roku (fot. E. Górska)

4. Do Polski ma trafić około 12 000 uchodźców. Polaków mieszka tu około 38 000 000. Wyrażony w liczbach problem uchodźców nie istnieje. Wyrażony moralnym poruszeniem już teraz jest katastrofą. Polska dusza jest chora. Kto odpowiada za chorobę? Nauka historii pozwala często zrozumieć źródła teraźniejszych zjawisk, większość z nich powtarza się bowiem na przestrzeni dziejów. Zmieniają się dekoracje, ale stosunki społeczne pozostają niezmienne od dekad i wieków. Bo i niezmienna jest nasza ludzka natura.

Na ziemiach polskich mieliśmy eksplozję nienawiści, skierowaną przede wszystkim w stronę innowierców, żydów – wyzwoliła ją okupacja niemiecka w czasie II wojny światowej. Uczeni badając to zjawisko wskazali przyczynę – indoktrynację ze strony Kościoła i zarażanie mas ideologią narodowego szowinizmu. Stąd pogromy. Dzisiaj również obserwuję gejzery nienawiści, często wśród młodych ludzi deklarujących miłość Bogu. „Bóg jest Wielki” – piszą na Facebooku, aby zaraz nawoływać do rozprawy ze światem islamu. Czym polskie, swojskie i katolickie „Bóg jest wielki” różni się od „Allahu Akbar”?

Zadaję sobie kolejne pytanie: jaką rolę pełni religia w szkołach – powszechna indoktrynacja katolicką ideologią? Uczy tolerancji, czy kultywuje tradycje, które już kiedyś doprowadziły nas na skraj piekła i płonącej stodoły? Czy pokolenie JPII umarło, zanim zdołało wywrzeć jakikolwiek wpływ, pogrzebane wspólnym wysiłkiem księży katechetów?

5. „Muzułmanie gwałcą i przedmiotowo traktują kobiety” – pobrzmiewa narodowe, kibolskie wezwanie do obrony polskich kobiet. Ale polskie kobiety bite i gwałcone są przez polskich i katolickich mężów i konkubentów – często pijanych. A kto stał się niedawno światowym symbolem seksualnego wykorzystywania dzieci? Polacy mają się czego wstydzić i z czego tłumaczyć. Narodowi katolicy nie ruszyli jednak na ratunek gnębionym kobietom, aprobują ten stan rzeczy. Świadczą o tym nie tylko niskie wyroki zapadające na sprawców przemocy wobec kobiet (w tym gwałtów!), ale również niedawne kłopoty z ratyfikacją konwencji antyprzemocowej. Walczymy za to o zygoty i inne życie poczęte, ulegając logice tematów zastępczych. Tymczasem prawdziwe demony wciąż umykają zbiorowym egzorcyzmom.

Prawdą jest, że kobiety traktowane są przedmiotowo w niektórych muzułmańskich społecznościach, podobnie jak żydowskich, protestanckich, romskich i innych. Z tym, że w Polsce to nie te społeczności stanowią problem. A przy okazji, islam alkoholu akurat zakazuje.

6. Symbolem pontyfikatu Jana Pawła II był ekumenizm i dialog pomiędzy kulturami. Jak kultywujemy papieskie dziedzictwo w Polsce? W Wadowicach? W bawarskim Marktl, mieście Benedykta XVI wielkości Choczni (wieś obok Wadowic), od dawna mieszkają rodziny syryjskie. Bawarskie parafie przyjęły je bez rozgłosu i bez ksenofobicznych krzyków. A przecież pamiętamy, kto pochodził z Bawarii…

Dzisiaj Wadowice również oferują swoją pomoc potrzebującym uchodźcom. To moralny obowiązek tych, którzy żyją w cieniu papieskich pomników. Ostatni moment, by nie skarleć wśród krzyków o zagrożeniu… ze strony religii mającej przecież wspólne źródła z chrześcijaństwem.

Pod wieloma względami krzyk przeciwko islamowi jest też krzykiem za odrzuceniem katolicyzmu. I dowodem, że katolicyzm sczezł już dawno w kraju nad Wisłą. Ale tego moi zatroskani, jakże narodowi i katoliccy współobywatele już nie dostrzegają.

Czy w dzisiejszych czasach trzeba być ateistą, aby pozostać uczniem Chrystusa? Odpowiedź znajdziecie przeglądając profile swoich znajomych na fejsie.


Mateusz Klinowski

<p><img class="alignleft wp-image-3368" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2015/09/zawsze-wierni.jpg"alt="zawsze wierni" width="600" height="450" /></p>

<p style="text-align: justify;"><em>Wstyd mi, Polsko. Dlatego dedykuję Ci kilka tych myśli. To nie atak, lecz obrona – naszych tradycji, religii i dziedzictwa Wielkiego Polaka, które po raz kolejny targamy bez litości, sensu i opamiętania…</em></p>

<p style="text-align: justify;">1. Stosunek do „obcych” jest miarą naszego człowieczeństwa. W Polsce z człowieczeństwem mamy zatem problem, o czym świadczy nie tylko trwająca, bezprzykładna nagonka na „emigrantów” czy „uchodźców”, ale przede wszystkim prowadzone od lat badania. Socjolodzy alarmują, że poziom zaufania wśród Polaków jest dramatycznie niski – przede wszystkim do samych siebie. <strong>Gardzimy współobywatelami, sypiąc im na co dzień w twarz „kurwy” i „chuje”, kradnąc na potęgę, „idąc na pięści” przy byle okazji.</strong> Zawiść, agresja, ogólny brak kultury bycia, obycia i zachowania obniżają kapitał społeczny, tworzą okoliczności hamujące rozwój gospodarczy kraju, negatywnie wpływając na jakość życia. To fakty, ale nikt w pierś się nie bije. Mobilizacji narodowej brak. Doświadczamy jej dopiero teraz, kiedy odpór należy dać „uchodźcom” – niosącym terror i zagrażającym naszemu „sielskiemu” światu, królestwu codziennych bluzg, nienawiści i nieufności.</p>

<p style="text-align: justify;">2. Nie jest prawdą, że islam to terror i nienawiść do Europejczyków. Podróżowałem po Bliskim Wschodzie, żyłem wśród „muzułmanów”, „islamistów”, a nawet „terrorystów”. Nigdzie nie czułem się tak bezpiecznie, jak tam. <strong>Islam to kultura gościnności, poszanowania dla „obcego”. </strong>Niestety, Bliski Wschód targany jest politycznymi konfliktami, rozniecanymi przez światowe mocarstwa, w związku z surowcami. W tym „koncercie mocarstw” wzięliśmy również swój zbrojny udział – w poszukiwaniu ekonomicznych i politycznych korzyści. Nie było to ukrywane – przeciwnie – rząd otwarcie deklarował naszą interesowność w bliskowschodniej krucjacie, przy aprobacie mediów i opinii publicznej.</p>

<p style="text-align: justify;">3. Nie jest prawdą, że muzułmanie się nie asymilują i zawsze stanowią problem społeczny. Mieszkałem w Niemczech, kraju ze sporą mniejszością muzułmańską oraz emigrantami z Afryki. Dusseldorf to miasto kolorowe, turecko-afrykańsko-polskie. A jednocześnie wszyscy ci młodzi ludzie mówią po niemiecku i Niemcami się czują. To dzieci emigrantów, głównie ekonomicznych.</p>

<p style="text-align: justify;">Nie powiem, że w Niemczech segregacja rasowa nie istnieje, część zawodów i ról społecznych nadal przede wszystkim zajmują biali Niemcy. Nie sposób jednak twierdzić, że asymilacja emigrantów w Niemczech się nie udała. Afrykanie czy Turcy czują się Niemcami, przyjęli niemiecką kulturę i kiełbasę, a niemiecka kultura wchłonęła ich muzyczne rytmy i kebaby. Podobnie stało się z emigrującymi za chlebem Polakami. Dzisiaj są oni w pełni obywatelami Niemiec, choć szanują na ogół swoje polskie korzenie.</p>

<p style="text-align: justify;">Na marginesie, raz tylko na ulicy w Niemczech spotkałem się z rasistowskimi wybrykami. Niemieccy dresiarze zaczepiali Latynosów. Gdy podszedłem bliżej, usłyszałem, że dresiarze pomiędzy sobą mówią… po polsku. To synowie naszych Gastarbeiterów. Ich skorupki zdążyły jednak nasiąknąć polskością. Na niemieckiej, tolerancyjnej i demokratycznej ziemi natura tej skorupki stała się ona dla mnie widoczna aż nadto.</p>

<p style="text-align: justify;">Kilku spotkanych przeze mnie czarnych Francuzów za Francuzów się nie uważa. We Francji dochodziło do zamieszek na tle różnic kulturowych, ale przyczyną było polityczne i gospodarcze wykluczenie. Francja to więc przykład na porażkę polityki asymilacji, Niemcy przeciwnie. <strong>To nie muzułmanie są problemem, ale polityka kraju, do którego trafiają.</strong></p>

<div id="attachment_3372" style="width: 610px" class="wp-caption alignleft"><img class="wp-image-3372" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2015/09/DSCF3274.jpg"alt="DSCF3274" width="600" height="450" /><p class="wp-caption-text">Syryjska ulica w 2010 roku (fot. E. Górska)</p></div>

<p style="text-align: justify;">

<p style="text-align: justify;">4. Do Polski ma trafić około 12 000 uchodźców. Polaków mieszka tu około 38 000 000. Wyrażony w liczbach problem uchodźców nie istnieje. Wyrażony moralnym poruszeniem już teraz jest katastrofą. Polska dusza jest chora. Kto odpowiada za chorobę? Nauka historii pozwala często zrozumieć źródła teraźniejszych zjawisk, większość z nich powtarza się bowiem na przestrzeni dziejów. Zmieniają się dekoracje, ale stosunki społeczne pozostają niezmienne od dekad i wieków. Bo i niezmienna jest nasza <em>ludzka natura</em>.</p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Na ziemiach polskich mieliśmy eksplozję nienawiści, skierowaną przede wszystkim w stronę innowierców</strong>, żydów – wyzwoliła ją okupacja niemiecka w czasie II wojny światowej. Uczeni badając to zjawisko wskazali przyczynę – indoktrynację ze strony Kościoła i zarażanie mas ideologią narodowego szowinizmu. Stąd pogromy. Dzisiaj również obserwuję gejzery nienawiści, często wśród młodych ludzi deklarujących miłość Bogu. „Bóg jest Wielki” – piszą na Facebooku, aby zaraz nawoływać do rozprawy ze światem islamu. Czym polskie, swojskie i katolickie „Bóg jest wielki” różni się od „Allahu Akbar”?</p>

<p style="text-align: justify;">Zadaję sobie kolejne pytanie: jaką rolę pełni religia w szkołach – powszechna indoktrynacja katolicką ideologią? Uczy tolerancji, czy kultywuje tradycje, które już kiedyś doprowadziły nas na skraj piekła i płonącej stodoły? Czy pokolenie JPII umarło, zanim zdołało wywrzeć jakikolwiek wpływ, pogrzebane wspólnym wysiłkiem księży katechetów?</p>

<p style="text-align: justify;">5. „Muzułmanie gwałcą i przedmiotowo traktują kobiety” – pobrzmiewa narodowe, kibolskie wezwanie do obrony polskich kobiet. Ale <strong>polskie kobiety bite i gwałcone są przez polskich i katolickich mężów i konkubentów</strong> – często pijanych. A kto stał się niedawno światowym symbolem seksualnego wykorzystywania dzieci? Polacy mają się czego wstydzić i z czego tłumaczyć. Narodowi katolicy nie ruszyli jednak na ratunek gnębionym kobietom, aprobują ten stan rzeczy. Świadczą o tym nie tylko niskie wyroki zapadające na sprawców przemocy wobec kobiet (w tym gwałtów!), ale również niedawne kłopoty z ratyfikacją konwencji antyprzemocowej. Walczymy za to o zygoty i inne życie poczęte, ulegając logice tematów zastępczych. Tymczasem prawdziwe demony wciąż umykają zbiorowym egzorcyzmom.</p>

<p style="text-align: justify;">Prawdą jest, że kobiety traktowane są przedmiotowo w niektórych muzułmańskich społecznościach, podobnie jak żydowskich, protestanckich, romskich i innych. Z tym, że w Polsce to nie te społeczności stanowią problem. A przy okazji, islam alkoholu akurat zakazuje.</p>

<p style="text-align: justify;">6. Symbolem pontyfikatu Jana Pawła II był ekumenizm i dialog pomiędzy kulturami. <strong>Jak kultywujemy papieskie dziedzictwo w Polsce? </strong>W Wadowicach? W bawarskim Marktl, mieście Benedykta XVI wielkości Choczni (wieś obok Wadowic), od dawna mieszkają rodziny syryjskie. Bawarskie parafie przyjęły je bez rozgłosu i bez ksenofobicznych krzyków. A przecież pamiętamy, kto pochodził z Bawarii…</p>

<p style="text-align: justify;">Dzisiaj Wadowice również oferują swoją pomoc potrzebującym uchodźcom. To moralny obowiązek tych, którzy żyją w cieniu papieskich pomników. Ostatni moment, by nie skarleć wśród krzyków o zagrożeniu… ze strony religii mającej przecież wspólne źródła z chrześcijaństwem.</p>

<p style="text-align: justify;">Pod wieloma względami <strong>krzyk przeciwko islamowi jest też krzykiem za odrzuceniem katolicyzmu</strong>. I dowodem, że katolicyzm sczezł już dawno w kraju nad Wisłą. Ale tego moi zatroskani, jakże narodowi i katoliccy współobywatele już nie dostrzegają.</p>

<p style="text-align: justify;">Czy w dzisiejszych czasach trzeba być ateistą, aby pozostać uczniem Chrystusa? Odpowiedź znajdziecie przeglądając profile swoich znajomych na fejsie.</p>

<a href="http://mateuszklinowski.pl/2015/09/17/uchodzcy-w-wadowicach-to-moralny-obowiazek-papieskiego-miasta/?utm_source=rss&utm_medium=rss&utm_campaign=uchodzcy-w-wadowicach-to-moralny-obowiazek-papieskiego-miasta"class='bbc_url' rel='nofollow external'>Źródło</a>

Mateusz Klinowski

Nazwiskoposeł

<p><img class="alignleft wp-image-3349 " src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2015/08/kaczyński-baner-300x169.jpg"alt="kaczyński - baner" width="531" height="299" /></p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Doczekaliśmy się w Wadowicach posła – z PiS. Zostanie nim pomoc administracyjna Urzędu Miejskiego zatrudniona za czasów poprzedniej burmistrz – z PiS. Pomoc po ostatnich wyborach zwolniłem, ale zatrudnił go natychmiast… w Starostwie Powiatowym w Wadowicach starosta – z PiS.</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Filip był głównie chłopcem na polityczne posyłki burmistrz, która jedną nogą stała w PiS, drugą w PO, i na czele obu tych politycznych struktur. Do tego oczywiście deklarowała, że pozostaje bezpartyjna, co stanowi częsty wybieg wiecznych burimstrzów i dyżurnych wójtów. Filip to syn byłej dyrektorki gminnej szkoły i obecnej przewodniczącej zarządu LGD, a teraz także zaufanej radnej. Zwolniony przez mnie z pracy respawnował się w samorządzie powiatowym – zatrudnił go starosta Bartosz Kaliński, oczywiście członek PiS. Filip posłem został jednak nie dzięki opisanym tu pokrótce znajomościom, partyjnym koneksjom, ale nazwisku – Kaczyński.</p>

<p style="text-align: justify;">W poprzednim wpisie przestrzegałem przed wadami jednomandatowych okręgów wyborczych (JOWów), teraz czas przyszedł napisać kilka słów o wadach dotychczasowej ordynacji wielomandatowej, które to wady nazwisko “Kaczyński” dobrze ilustruje. Skład obecnego parlamentu definiuje bowiem mechanizm partyjnej listy, słusznie krytykowany przez zwolenników JOWów. To on do fotela poselskiego wyniósł, wynosi i wynosić będzie podobnych Filipowi Kaczyńskiemu “wyborczych zapełniaczy”.</p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Lokomotywa i wagony</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Spójrzmy na listę PiS w ostatnich wyborach parlamentarnych (2011). W okręgu chrzanowskim (5 powiatów obejmujących 447 538 wyborców, w tym powiat wadowicki) liczyła ona 16 nazwisk. Jednak przytłaczająca większość z tych kandydatów – aż 11 osób (ok 70%) nie przekroczyło progu 2700 głosów. Oznacza to, że w swoim okręgu cieszyli się poparciem mniej niż 0,6% mieszkańców. Kto zatem z tego grona dostał mandat? Pierwsze cztery osoby! Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku listy PO, której przypadły pozostałe 4 mandaty w okręgu.</p>

<p style="text-align: justify;">Sukces listy PiS był sukcesem Beaty Szydło odgrywającej rolę tzw. lokomotywy (na liście PO lokomotywą była prawa ręka Donalda Tuska – Paweł Graś). Szydło jest znana, występuje w telewizji, w partii uchodzi za „eksperta gospodarczego”, choć trudno pojąć, z jakiej właściwie racji. Kiedyś była wójtem niedalekich od Wadowic Brzeszcz, w osobistym kontakcie nie błyszczy, a jej publiczne wystąpienia pełne są sztuczności i sztampy. W niedawnym tekście w Wyborczej jej dawny współpracownik z samorządu chwalił ją jako przede wszystkim sprawną organizatorkę wiejskich festynów. Czymże jest wszakże polityka w naszym kraju, jeżeli nie właśnie takim festynem, tylko w większej skali?</p>

<p style="text-align: justify;">Beata kreowaną w telewizji na eksperta największej partii opozycyjnej miała jednak wszystko, co potrzeba, aby w czasie głosowania zebrać konkretną liczbę 43 612 głosów. To mniej więcej tyle, ile pozostali kandydaci z listy PiS! Ten wynik pozwolił “wciągnąć” do parlamentu kolejne osoby, ze znacznie gorszymi już wynikami.</p>

<p style="text-align: justify;">Wśród nich tylko Marek Łatas, nauczyciel z Myślenic, mógł pochwalić się przyzwoitą liczbą głosów – 12 466. To efekt jego długiej kariery samorządowej i poselskiej. Był to kandydat lokalnie wyborcom znany, choć medialnie nierozpoznawalny.</p>

<p style="text-align: justify;">Marek Polak, mechanik i poseł z Andrychowa, wcześniej radny, otrzymał tylko 6 341 głosy. Połowę mniej niż Lasak i 7 razy mniej od Szydło. Z kolei, Krzysztof Szczerski, debiutujący w polityce wykładowca UJ, umieszczony wysoko na liście z uwagi na wewnętrze rozgrywki w partii (środowisko Lecha Kaczyńskiego, raczej w opozycji do Szydło i im podobnych), otrzymał zaledwie 4 751 głosów. Ta ostatnia dwójka znalazła się w Sejmie, choć posła z poparciem w okolicach 1% trudno uważać za wyborczego reprezentanta mieszkańców okręgu.</p>

<p style="text-align: justify;">Jeśli więc legitymacje posła do działania w imieniu wyborców oceniać wyłącznie po wyniku głosowania, nasz system polityczny zakrawa na kpinę. To zreszta główny zarzut pod jego adresem zwolenników JOWów, o ile dobrze ten zarzut rozumiem.</p>

<p style="text-align: justify;">Z ordynacją proporcjonalną wiąże sie jednak problem znacznie poważniejszy, niż niski poziom poparcia wystarczający do zasiadania w Sejmie. Pisałem o tym w innym miejscu – Szczerski i Polak otrzymali mniej głosów niż osoby z list innych niż PO i PiS, które w ogóle w parlamencie się nie znalazły! Stosowany mechanizm rozdziału mandatów pomiędzy listy promuje po prostu duże partie kosztem małych. Tym samym, głosy znaczącej liczby wyborców są marnowane i przechodzą na wybrańców dużych parti, którzy niekoniecznie są wybrańcami ludu (Szczerski czy Polak z pewnością nimi nie byli). To oczywiście rozmija się w intuicjami, jakie na temat demokracji nosimy w sercu.</p>

<p style="text-align: justify;">W JOWach na pozór zjawisko to nie występuje (partyjny nominat jest tylko jeden), ale za to głosy wyborców, którzy głosowali na innych kandydatów są “marnowane” i to w jeszcze większym stopniu.</p>

<p style="text-align: justify;">Tak wybrany poseł również nie ma również szans uzyskania demokratycznej legitymacji do reprezentowania społeczeństwa, wbrew nadziejom zwolenników JOW.</p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Sejm za nazwisko</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Nazwisko Filipa Kaczyńskiego umieszczono na ostatnim miejscu listy PiS. Jak podpowiada wyborcza psychologia, na miejsca pierwsze i właśnie to ostatnie, wyborcy zwracają szczególną uwagę. To o nie toczą się też przed wyborami walki frakcyjne. Na tych miejscach pojawiają się znane nazwiska – z naciskiem na nazwiska.</p>

<p style="text-align: justify;">Filip był nie tyle poważnym kandydatem PiS, co nośnikiem poważnego nazwiska – nazwiska samego <em>Prezesa</em>. Zadaniem nazwiska jest ściągnąć na listę głosy sympatyków partii, którzy nie mają ustalonych preferencji co do kandydatów. Kaczyńscy kandydowali i w innych okręgach, dostając się do Sejmu. Zresztą, nasz Kaczyński jako poważny kandydat nie był traktowany nawet przez tych, którzy na listy PiS go wstawili. Jednoczenie z nim do Sejmu startował przecież “rzecznik magistratu” i lokalny baron PO – Stanisław Kotarba, ze znacznie lepszego, czwartego miejsca z listy Platformy. Panowie nawet reklamowali się wspólnie banerami.</p>

<p style="text-align: justify;"><a href="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2011/10/kotarba-i-kaczyński.jpg"><imgclass="alignleft size-full wp-image-1655" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2011/10/kotarba-i-kaczyński.jpg" alt="kotarba i kaczyński" width="319" height="337" /></a></p>

<p style="text-align: justify;">Kotarba z kretesem przepadł, a Kaczyński nieoczekiwanie otarł się o Sejm. Było to wielkim zaskoczeniem, bo Filip nie prowadził kampanii, zaś Kotarba po wielkiej agitacji w całym powiecie i poza nim zdobył jedynie… 2.700 głosów. Skąd zatem sukces Kaczyńskiego, poprzedzony całkowitym brakiem kampanii? Odpowiedzią jest oczywiście posiadanie odpowiedniego nazwiska.</p>

<p style="text-align: justify;">W Gminie Wadowice Filip uzyskał tylko 525 głosów, czyli mniej wiecej tyle, ile otrzymali w wyborach samorządowych najlepsi radni w jednym obejmującym dzielnice, sołectwo lub osiedle okręgu. Siła nazwiska lokalnie, gdzie wyborcy wiedzieli, z kim mają do czynienia, nie okazała się dojmująca. Zadziałała ona dopiero tam, gdzie wyborcy PiS byli bardziej fanatyczni i mniej zorientowani co do dokonań kandydata i kandydatów (Jordanów, Maków, Budzów). To <strong>te głosy, spoza Wadowic, pozwoliły dzisiaj Kaczyńskiemu objąć mandat po Szczerskim,</strong> przechodzącym do pracy w Kancelarii Prezydenta Dudy. Paradoksalnie więc tam, gdzie kandydat był mniej znany, tam większe szanse miał zebrać paręset głosów.</p>

<p style="text-align: justify;">Oczywiście, gdyby Filip nazywał się Nowak, w ogóle na liście PiS by się nie znalazł. Odwrotne, z posiadanym przez siebie nazwiskiem nie miałby żadnych szans pojawić się na partyjnej liście PO, i to nawet gdyby posiadał w okręgu jakieś wymierne zasługi.</p>

<p style="text-align: justify;">Nasz poseł w Wadowicach znany jest niemal z niczego – w żadne inicjatywy lokalne się nie angażował, był jednym z kilku zatrudnionych w samorządzie po znajomościach. Chwilę sławy miał przy okazji ostatniej kampanii wyborczej – do samorządu w 2014 roku. Wówczas <a href="http://www.gazetakrakowska.pl/artykul/3632258,wybory-w-wadowicach-urzednik-niszczyl-plakaty-wyborcze-jacka-jonczyka-zdjecia,id,t.html"target="_blank">oskarżono go publicznie o niszczenie plakatów wyborczych starosty Jacka Jończyka</a>. Niszczenie plakatów przeciwników ekipy Ewy Filipiak to uświęcona tradycja wadowickiej polityki. Świadek, który pod zniszczonym banerem rzekomo przyłapał w nocy posła naszej ziemi, nie był w stanie potwierdzić jego sprawstwa przed sądem i sąd Kaczyńskiego od zarzutów uwolnił.</p>

<p style="text-align: justify;"><img class="alignleft size-full wp-image-3352" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2015/08/Jak-świnia-niebo.jpg"alt="Jak świnia niebo" width="595" height="138" /></p>

<p style="text-align: justify;"><strong>I świnia ujrzała niebo…</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Na koniec ciekawostka. Moje prognozy, że jeżeli Duda wygra wybory, Kaczyński zostanie posłem, komentował z właściwą sobie swadą (trącącą myszką) i trafnością „znawca lokalnej polityki” i dziennikarz poprzedniego układu, kolega Kaczyńskiego z urzędu oraz… list PiS. Marcin Płaszczyca z <em>Wadowice24</em> pisał, że Kaczyński ujrzy Sejm jak świnia niebo. I ujrzał.</p>

<a href="http://mateuszklinowski.pl/2015/09/01/nazwiskoposel/"class='bbc_url' rel='nofollow external'>Źródło</a>

Mateusz Klinowski

Nazwiskoposeł

kaczyński - baner

Doczekaliśmy się w Wadowicach posła – z PiS. Zostanie nim pomoc administracyjna Urzędu Miejskiego zatrudniona za czasów poprzedniej burmistrz – z PiS. Pomoc po ostatnich wyborach zwolniłem, ale zatrudnił go natychmiast… w Starostwie Powiatowym w Wadowicach starosta – z PiS.

Filip był głównie chłopcem na polityczne posyłki burmistrz, która jedną nogą stała w PiS, drugą w PO, i na czele obu tych politycznych struktur. Do tego oczywiście deklarowała, że pozostaje bezpartyjna, co stanowi częsty wybieg wiecznych burimstrzów i dyżurnych wójtów. Filip to syn byłej dyrektorki gminnej szkoły i obecnej przewodniczącej zarządu LGD, a teraz także zaufanej radnej. Zwolniony przez mnie z pracy respawnował się w samorządzie powiatowym – zatrudnił go starosta Bartosz Kaliński, oczywiście członek PiS. Filip posłem został jednak nie dzięki opisanym tu pokrótce znajomościom, partyjnym koneksjom, ale nazwisku – Kaczyński.

W poprzednim wpisie przestrzegałem przed wadami jednomandatowych okręgów wyborczych (JOWów), teraz czas przyszedł napisać kilka słów o wadach dotychczasowej ordynacji wielomandatowej, które to wady nazwisko “Kaczyński” dobrze ilustruje. Skład obecnego parlamentu definiuje bowiem mechanizm partyjnej listy, słusznie krytykowany przez zwolenników JOWów. To on do fotela poselskiego wyniósł, wynosi i wynosić będzie podobnych Filipowi Kaczyńskiemu “wyborczych zapełniaczy”.

Lokomotywa i wagony

Spójrzmy na listę PiS w ostatnich wyborach parlamentarnych (2011). W okręgu chrzanowskim (5 powiatów obejmujących 447 538 wyborców, w tym powiat wadowicki) liczyła ona 16 nazwisk. Jednak przytłaczająca większość z tych kandydatów – aż 11 osób (ok 70%) nie przekroczyło progu 2700 głosów. Oznacza to, że w swoim okręgu cieszyli się poparciem mniej niż 0,6% mieszkańców. Kto zatem z tego grona dostał mandat? Pierwsze cztery osoby! Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku listy PO, której przypadły pozostałe 4 mandaty w okręgu.

Sukces listy PiS był sukcesem Beaty Szydło odgrywającej rolę tzw. lokomotywy (na liście PO lokomotywą była prawa ręka Donalda Tuska – Paweł Graś). Szydło jest znana, występuje w telewizji, w partii uchodzi za „eksperta gospodarczego”, choć trudno pojąć, z jakiej właściwie racji. Kiedyś była wójtem niedalekich od Wadowic Brzeszcz, w osobistym kontakcie nie błyszczy, a jej publiczne wystąpienia pełne są sztuczności i sztampy. W niedawnym tekście w Wyborczej jej dawny współpracownik z samorządu chwalił ją jako przede wszystkim sprawną organizatorkę wiejskich festynów. Czymże jest wszakże polityka w naszym kraju, jeżeli nie właśnie takim festynem, tylko w większej skali?

Beata kreowaną w telewizji na eksperta największej partii opozycyjnej miała jednak wszystko, co potrzeba, aby w czasie głosowania zebrać konkretną liczbę 43 612 głosów. To mniej więcej tyle, ile pozostali kandydaci z listy PiS! Ten wynik pozwolił “wciągnąć” do parlamentu kolejne osoby, ze znacznie gorszymi już wynikami.

Wśród nich tylko Marek Łatas, nauczyciel z Myślenic, mógł pochwalić się przyzwoitą liczbą głosów – 12 466. To efekt jego długiej kariery samorządowej i poselskiej. Był to kandydat lokalnie wyborcom znany, choć medialnie nierozpoznawalny.

Marek Polak, mechanik i poseł z Andrychowa, wcześniej radny, otrzymał tylko 6 341 głosy. Połowę mniej niż Lasak i 7 razy mniej od Szydło. Z kolei, Krzysztof Szczerski, debiutujący w polityce wykładowca UJ, umieszczony wysoko na liście z uwagi na wewnętrze rozgrywki w partii (środowisko Lecha Kaczyńskiego, raczej w opozycji do Szydło i im podobnych), otrzymał zaledwie 4 751 głosów. Ta ostatnia dwójka znalazła się w Sejmie, choć posła z poparciem w okolicach 1% trudno uważać za wyborczego reprezentanta mieszkańców okręgu.

Jeśli więc legitymacje posła do działania w imieniu wyborców oceniać wyłącznie po wyniku głosowania, nasz system polityczny zakrawa na kpinę. To zreszta główny zarzut pod jego adresem zwolenników JOWów, o ile dobrze ten zarzut rozumiem.

Z ordynacją proporcjonalną wiąże sie jednak problem znacznie poważniejszy, niż niski poziom poparcia wystarczający do zasiadania w Sejmie. Pisałem o tym w innym miejscu – Szczerski i Polak otrzymali mniej głosów niż osoby z list innych niż PO i PiS, które w ogóle w parlamencie się nie znalazły! Stosowany mechanizm rozdziału mandatów pomiędzy listy promuje po prostu duże partie kosztem małych. Tym samym, głosy znaczącej liczby wyborców są marnowane i przechodzą na wybrańców dużych parti, którzy niekoniecznie są wybrańcami ludu (Szczerski czy Polak z pewnością nimi nie byli). To oczywiście rozmija się w intuicjami, jakie na temat demokracji nosimy w sercu.

W JOWach na pozór zjawisko to nie występuje (partyjny nominat jest tylko jeden), ale za to głosy wyborców, którzy głosowali na innych kandydatów są “marnowane” i to w jeszcze większym stopniu.

Tak wybrany poseł również nie ma również szans uzyskania demokratycznej legitymacji do reprezentowania społeczeństwa, wbrew nadziejom zwolenników JOW.

Sejm za nazwisko

Nazwisko Filipa Kaczyńskiego umieszczono na ostatnim miejscu listy PiS. Jak podpowiada wyborcza psychologia, na miejsca pierwsze i właśnie to ostatnie, wyborcy zwracają szczególną uwagę. To o nie toczą się też przed wyborami walki frakcyjne. Na tych miejscach pojawiają się znane nazwiska – z naciskiem na nazwiska.

Filip był nie tyle poważnym kandydatem PiS, co nośnikiem poważnego nazwiska – nazwiska samego Prezesa. Zadaniem nazwiska jest ściągnąć na listę głosy sympatyków partii, którzy nie mają ustalonych preferencji co do kandydatów. Kaczyńscy kandydowali i w innych okręgach, dostając się do Sejmu. Zresztą, nasz Kaczyński jako poważny kandydat nie był traktowany nawet przez tych, którzy na listy PiS go wstawili. Jednoczenie z nim do Sejmu startował przecież “rzecznik magistratu” i lokalny baron PO – Stanisław Kotarba, ze znacznie lepszego, czwartego miejsca z listy Platformy. Panowie nawet reklamowali się wspólnie banerami.

kotarba i kaczyński

Kotarba z kretesem przepadł, a Kaczyński nieoczekiwanie otarł się o Sejm. Było to wielkim zaskoczeniem, bo Filip nie prowadził kampanii, zaś Kotarba po wielkiej agitacji w całym powiecie i poza nim zdobył jedynie… 2.700 głosów. Skąd zatem sukces Kaczyńskiego, poprzedzony całkowitym brakiem kampanii? Odpowiedzią jest oczywiście posiadanie odpowiedniego nazwiska.

W Gminie Wadowice Filip uzyskał tylko 525 głosów, czyli mniej wiecej tyle, ile otrzymali w wyborach samorządowych najlepsi radni w jednym obejmującym dzielnice, sołectwo lub osiedle okręgu. Siła nazwiska lokalnie, gdzie wyborcy wiedzieli, z kim mają do czynienia, nie okazała się dojmująca. Zadziałała ona dopiero tam, gdzie wyborcy PiS byli bardziej fanatyczni i mniej zorientowani co do dokonań kandydata i kandydatów (Jordanów, Maków, Budzów). To te głosy, spoza Wadowic, pozwoliły dzisiaj Kaczyńskiemu objąć mandat po Szczerskim, przechodzącym do pracy w Kancelarii Prezydenta Dudy. Paradoksalnie więc tam, gdzie kandydat był mniej znany, tam większe szanse miał zebrać paręset głosów.

Oczywiście, gdyby Filip nazywał się Nowak, w ogóle na liście PiS by się nie znalazł. Odwrotne, z posiadanym przez siebie nazwiskiem nie miałby żadnych szans pojawić się na partyjnej liście PO, i to nawet gdyby posiadał w okręgu jakieś wymierne zasługi.

Nasz poseł w Wadowicach znany jest niemal z niczego – w żadne inicjatywy lokalne się nie angażował, był jednym z kilku zatrudnionych w samorządzie po znajomościach. Chwilę sławy miał przy okazji ostatniej kampanii wyborczej – do samorządu w 2014 roku. Wówczas oskarżono go publicznie o niszczenie plakatów wyborczych starosty Jacka Jończyka. Niszczenie plakatów przeciwników ekipy Ewy Filipiak to uświęcona tradycja wadowickiej polityki. Świadek, który pod zniszczonym banerem rzekomo przyłapał w nocy posła naszej ziemi, nie był w stanie potwierdzić jego sprawstwa przed sądem i sąd Kaczyńskiego od zarzutów uwolnił.

Jak świnia niebo

I świnia ujrzała niebo…

Na koniec ciekawostka. Moje prognozy, że jeżeli Duda wygra wybory, Kaczyński zostanie posłem, komentował z właściwą sobie swadą (trącącą myszką) i trafnością „znawca lokalnej polityki” i dziennikarz poprzedniego układu, kolega Kaczyńskiego z urzędu oraz… list PiS. Marcin Płaszczyca z Wadowice24 pisał, że Kaczyński ujrzy Sejm jak świnia niebo. I ujrzał.


Mateusz Klinowski

Nazwiskoposeł

<p><img class="alignleft wp-image-3349 " src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2015/08/kaczyński-baner-300x169.jpg"alt="kaczyński - baner" width="568" height="320" /></p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Doczekaliśmy się w Wadowicach posła – z PiS. Zostanie nim pomoc administracyjna Urzędu Miejskiego zatrudniona za czasów poprzedniej burmistrz – z PiS. Pomoc po ostatnich wyborach zwolniłem, ale zatrudnił go natychmiast… w Starostwie Powiatowym w Wadowicach starosta – z PiS.</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Filip był głównie chłopcem na polityczne posyłki burmistrz, która jedną nogą stała w PiS, drugą w PO, i na czele obu tych politycznych struktur. Do tego oczywiście deklarowała, że pozostaje bezpartyjna, co stanowi częsty wybieg wiecznych burimstrzów i dyżurnych wójtów. Filip to syn byłej dyrektorki gminnej szkoły i obecnej przewodniczącej zarządu LGD, a teraz także zaufanej radnej. Zwolniony przez mnie z pracy respawnował się w samorządzie powiatowym – zatrudnił go starosta Bartosz Kaliński, oczywiście członek PiS. Filip posłem został jednak nie dzięki opisanym tu pokrótce znajomościom, partyjnym koneksjom, ale nazwisku – Kaczyński.</p>

<p style="text-align: justify;">W poprzednim wpisie przestrzegałem przed wadami jednomandatowych okręgów wyborczych (JOWów), teraz czas przyszedł napisać kilka słów o wadach dotychczasowej ordynacji wielomandatowej, które to wady nazwisko “Kaczyński” dobrze ilustruje. Skład obecnego parlamentu definiuje bowiem mechanizm partyjnej listy, słusznie krytykowany przez zwolenników JOWów. To on do fotela poselskiego wyniósł, wynosi i wynosić będzie podobnych Filipowi Kaczyńskiemu “wyborczych zapełniaczy”.</p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Lokomotywa i wagony</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Spójrzmy na listę PiS w ostatnich wyborach parlamentarnych (2011). W okręgu chrzanowskim (5 powiatów obejmujących 447 538 wyborców, w tym powiat wadowicki) liczyła ona 16 nazwisk. Jednak przytłaczająca większość z tych kandydatów – aż 11 osób (ok 70%) nie przekroczyło progu 2700 głosów. Oznacza to, że w swoim okręgu cieszyli się poparciem mniej niż 0,6% mieszkańców. Kto zatem z tego grona dostał mandat? Pierwsze cztery osoby! Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku listy PO, której przypadły pozostałe 4 mandaty w okręgu.</p>

<p style="text-align: justify;">Sukces listy PiS był sukcesem Beaty Szydło odgrywającej rolę tzw. lokomotywy (na liście PO lokomotywą była prawa ręka Donalda Tuska – Paweł Graś). Szydło jest znana, występuje w telewizji, w partii uchodzi za „eksperta gospodarczego”, choć trudno pojąć, z jakiej właściwie racji. Kiedyś była wójtem niedalekich od Wadowic Brzeszcz, w osobistym kontakcie nie błyszczy, a jej publiczne wystąpienia pełne są sztuczności i sztampy. W niedawnym tekście w Wyborczej jej dawny współpracownik z samorządu chwalił ją jako przede wszystkim sprawną organizatorkę wiejskich festynów. Czymże jest wszakże polityka w naszym kraju, jeżeli nie właśnie takim festynem, tylko w większej skali?</p>

<p style="text-align: justify;">Beata kreowaną w telewizji na eksperta największej partii opozycyjnej miała jednak wszystko, co potrzeba, aby w czasie głosowania zebrać konkretną liczbę 43 612 głosów. To mniej więcej tyle, ile pozostali kandydaci z listy PiS! Ten wynik pozwolił “wciągnąć” do parlamentu kolejne osoby, ze znacznie gorszymi już wynikami.</p>

<p style="text-align: justify;">Wśród nich tylko Marek Łatas, nauczyciel z Myślenic, mógł pochwalić się przyzwoitą liczbą głosów – 12 466. To efekt jego długiej kariery samorządowej i poselskiej. Był to kandydat lokalnie wyborcom znany, choć medialnie nierozpoznawalny.</p>

<p style="text-align: justify;">Marek Polak, mechanik i poseł z Andrychowa, wcześniej radny, otrzymał tylko 6 341 głosy. Połowę mniej niż Lasak i 7 razy mniej od Szydło. Z kolei, Krzysztof Szczerski, debiutujący w polityce wykładowca UJ, umieszczony wysoko na liście z uwagi na wewnętrze rozgrywki w partii (środowisko Lecha Kaczyńskiego, raczej w opozycji do Szydło i im podobnych), otrzymał zaledwie 4 751 głosów. Ta ostatnia dwójka znalazła się w Sejmie, choć posła z poparciem w okolicach 1% trudno uważać za wyborczego reprezentanta mieszkańców okręgu.</p>

<p style="text-align: justify;">Jeśli więc legitymacje posła do działania w imieniu wyborców oceniać wyłącznie po wyniku głosowania, nasz system polityczny zakrawa na kpinę. To zreszta główny zarzut pod jego adresem zwolenników JOWów, o ile dobrze ten zarzut rozumiem.</p>

<p style="text-align: justify;">Z ordynacją proporcjonalną wiąże sie jednak problem znacznie poważniejszy, niż niski poziom poparcia wystarczający do zasiadania w Sejmie. Pisałem o tym w innym miejscu – Szczerski i Polak otrzymali mniej głosów niż osoby z list innych niż PO i PiS, które w ogóle w parlamencie się nie znalazły! Stosowany mechanizm rozdziału mandatów pomiędzy listy promuje po prostu duże partie kosztem małych. Tym samym, głosy znaczącej liczby wyborców są marnowane i przechodzą na wybrańców dużych partii, którzy niekoniecznie są wybrańcami ludu (Szczerski czy Polak z pewnością nimi nie byli). To oczywiście rozmija się w intuicjami, jakie na temat demokracji nosimy w sercu.</p>

<p style="text-align: justify;">W JOWach na pozór zjawisko to nie występuje (partyjny nominat jest tylko jeden), ale za to głosy wyborców, którzy głosowali na innych kandydatów są “marnowane” i to w jeszcze większym stopniu.</p>

<p style="text-align: justify;">Tak wybrany poseł również nie ma również szans uzyskania demokratycznej legitymacji do reprezentowania społeczeństwa, wbrew nadziejom zwolenników JOW.</p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Sejm za nazwisko</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Nazwisko Filipa Kaczyńskiego umieszczono na ostatnim miejscu listy PiS. Jak podpowiada wyborcza psychologia, na miejsca pierwsze i właśnie to ostatnie, wyborcy zwracają szczególną uwagę. To o nie toczą się też przed wyborami walki frakcyjne. Na tych miejscach pojawiają się znane nazwiska – z naciskiem na nazwiska.</p>

<p style="text-align: justify;">Filip był nie tyle poważnym kandydatem PiS, co nośnikiem poważnego nazwiska – nazwiska samego <em>Prezesa</em>. Zadaniem nazwiska jest ściągnąć na listę głosy sympatyków partii, którzy nie mają ustalonych preferencji co do kandydatów. Kaczyńscy kandydowali i w innych okręgach, dostając się do Sejmu. Zresztą, nasz Kaczyński jako poważny kandydat nie był traktowany nawet przez tych, którzy na listy PiS go wstawili. Jednoczenie z nim do Sejmu startował przecież “rzecznik magistratu” i lokalny baron PO – Stanisław Kotarba, ze znacznie lepszego, czwartego miejsca z listy Platformy. Panowie nawet reklamowali się wspólnie banerami.</p>

<p style="text-align: justify;"><a href="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2011/10/kotarba-i-kaczyński.jpg"><imgclass="alignleft size-full wp-image-1655" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2011/10/kotarba-i-kaczyński.jpg" alt="kotarba i kaczyński" width="319" height="337" /></a></p>

<p style="text-align: justify;">Kotarba z kretesem przepadł, a Kaczyński nieoczekiwanie otarł się o Sejm. Było to wielkim zaskoczeniem, bo Filip nie prowadził kampanii, zaś Kotarba po wielkiej agitacji w całym powiecie i poza nim zdobył jedynie… 2.700 głosów. Skąd zatem sukces Kaczyńskiego, poprzedzony całkowitym brakiem kampanii? Odpowiedzią jest oczywiście posiadanie odpowiedniego nazwiska.</p>

<p style="text-align: justify;">W Gminie Wadowice Filip uzyskał tylko 525 głosów, czyli mniej wiecej tyle, ile otrzymali w wyborach samorządowych najlepsi radni w jednym obejmującym dzielnice, sołectwo lub osiedle okręgu. Siła nazwiska lokalnie, gdzie wyborcy wiedzieli, z kim mają do czynienia, nie okazała się dojmująca. Zadziałała ona dopiero tam, gdzie wyborcy PiS byli bardziej fanatyczni i mniej zorientowani co do dokonań kandydata i kandydatów (Jordanów, Maków, Budzów). To <strong>te głosy, spoza Wadowic, pozwoliły dzisiaj Kaczyńskiemu objąć mandat po Szczerskim,</strong> przechodzącym do pracy w Kancelarii Prezydenta Dudy. Paradoksalnie więc tam, gdzie kandydat był mniej znany, tam większe szanse miał zebrać paręset głosów.</p>

<p style="text-align: justify;">Oczywiście, gdyby Filip nazywał się Nowak, w ogóle na liście PiS by się nie znalazł. Odwrotne, z posiadanym przez siebie nazwiskiem nie miałby żadnych szans pojawić się na partyjnej liście PO, i to nawet gdyby posiadał w okręgu jakieś wymierne zasługi.</p>

<p style="text-align: justify;">Nasz poseł w Wadowicach znany jest niemal z niczego – w żadne inicjatywy lokalne się nie angażował, był jednym z kilku zatrudnionych w samorządzie po znajomościach. Chwilę sławy miał przy okazji ostatniej kampanii wyborczej – do samorządu w 2014 roku. Wówczas <a href="http://www.gazetakrakowska.pl/artykul/3632258,wybory-w-wadowicach-urzednik-niszczyl-plakaty-wyborcze-jacka-jonczyka-zdjecia,id,t.html"target="_blank">oskarżono go publicznie o niszczenie plakatów wyborczych starosty Jacka Jończyka</a>. Niszczenie plakatów przeciwników ekipy Ewy Filipiak to uświęcona tradycja wadowickiej polityki. Świadek, który pod zniszczonym banerem rzekomo przyłapał w nocy posła naszej ziemi, nie był w stanie potwierdzić jego sprawstwa przed sądem i sąd Kaczyńskiego od zarzutów uwolnił.</p>

<p style="text-align: justify;"><img class="alignleft size-full wp-image-3352" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2015/08/Jak-świnia-niebo.jpg"alt="Jak świnia niebo" width="595" height="138" /></p>

<p style="text-align: justify;"><strong>I świnia ujrzała niebo…</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Na koniec ciekawostka. Moje prognozy, że jeżeli Duda wygra wybory, Kaczyński zostanie posłem, komentował z właściwą sobie swadą (trącącą myszką) i trafnością „znawca lokalnej polityki” i dziennikarz poprzedniego układu, kolega Kaczyńskiego z urzędu oraz… list PiS. Marcin Płaszczyca z <em>Wadowice24</em> pisał, że Kaczyński ujrzy Sejm jak świnia niebo. I ujrzał.</p>

<a href="http://mateuszklinowski.pl/2015/09/01/nazwiskoposel/?utm_source=rss&utm_medium=rss&utm_campaign=nazwiskoposel"class='bbc_url' rel='nofollow external'>Źródło</a>

Mateusz Klinowski

<p><img class="alignleft wp-image-3327" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2015/07/IMG_4212.jpg"alt="IMG_4212" width="598" height="449" /></p>

<p style="text-align: justify;"><em>Wprowadzenie JOW-ów do Sejmu mogłoby być końcem realnej demokracji w Polsce</em> – dr Rafał Chwedoruk</p>

<p style="text-align: justify;">We wrześniu odbędzie się referendum za zmianą ordynacji wyborczej. W akcie desperacji ogłosił je ustępujący prezydent Komorowski. Ogłupione telewizją, wódką i kiełbasą społeczeństwo ma historyczną szansę opowiedzieć się za jednomandatowymi okręgami wyborczymi (JOW), promowanymi przez Pawła Kukiza i jego śmiały ruch. Warto spojrzeć na wydarzenia z ostatnich wyborów w Wadowicach, aby zrozumieć, jak bardzo niebezpiecznym pomysłem są JOWy. Oto garść moich spostrzeżeń.</p>

<p style="text-align: justify;"><strong>JOWy w wyborach na burmistrza</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Zostałem burmistrzem Wadowic: wybranym w jednomandatowym okręgu wyborczym, pośród trzech kandydatów, w dwóch turach, uzyskawszy poparcie zdecydowanej większości (głosującego) elektoratu. Zatem uważam, że jednomandatowe okręgi wyborcze sprawdzają się znakomicie? Niezupełnie.</p>

<p style="text-align: justify;">Zacznijmy od tego, że jest to ordynacja dość naturalna w sytuacji, kiedy w wyborach obsadzane jest <strong>tylko jedno miejsce</strong> – mandat burmistrza. Ale wtedy, kiedy do obsadzenia mamy kilka mandatów w wybieranym ciele kolegialnym (rada miejska, parlament), większościowa ordynacja jednomandatowa już takim oczywistym wyborem nie jest.</p>

<p style="text-align: justify;">Po drugie, wyobraźmy sobie, że frekwencja w wyborach na stanowisko Burmistrza Wadowic nie wynosiła 47%, lecz na przykład jedynie… 30%. Jeżeli jeden z kandydatów już w I turze otrzymałby 50% + 1 głosów, mielibyśmy burmistrza z 15% poparciem elektoratu. Nie wygląda to już tak ciekawie, prawda? Na szczęście wybory na stanowisko burmistrza (jak również prezydenta kraju) przebiegają dwustopniowo, co <strong>pozwala stwarzać iluzję demokratycznej legitymacji</strong>. Ale to tylko iluzja, bowiem wymienione właśnie stanowiska obsadzane są zwykle przez mniejszość.</p>

<p style="text-align: justify;">I tak, w I turze poparło mnie 17% wyborców gminy (5 323 z 30 527 uprawnionych do głosowania mieszkańców). W II turze liczba ta wzrosła i wynosiła już 27%, jednak nadal była ona daleka od uzyskania większości. Mimo to, druga tura daje poczucie posiadania legitymacji – wszak <strong>mój wybór dokonał się głosami 57% uczestników głosowania.</strong> Iluzja czy nie, nie mamy z nią do czynienia tam, gdzie dwustopniowości brak i wyborca nie ma szans wskazania preferowanego kandydata spośród dwóch z najlepszymi wynikami z pierwszej tury. A tak właśnie jest w przypadku wyborów parlamentarnych czy do rady miejskiej, o ile odbywałyby się one w okręgach jednomandatowych.</p>

<p style="text-align: justify;">Wybory na burmistrza obciąża jednak znacznie poważniejsza wada, o której najczęściej wspomina Paweł Kukiz, postulując swoje JOWy: ograniczenie korzystania z biernego prawa wyborczego. Ażeby zostać burmistrzem, <strong>trzeba zarejestrować kandydatów na radnych w przynajmniej połowie okręgów wyborczych w gminie</strong>. Istotnie, za sprawą wprowadzenia w wyborach do rady miejskiej jednomandatowych okręgów wyborczych, liczba koniecznych do rejestracji kandydatów spadła o połowę – do 21 osób. <a href="http://mateuszklinowski.pl/2014/08/28/nie-palcie-komitetow-zakladajcie-wlasne">Pisałemo tym przed wyborami samorządowymi</a>, wskazując to jako zaletę nowej ordynacji wyborczej do rad miejskich. Jednak, start w wyborach od kandydata na burmistrza nadal wymaga sporej grupy ludzi – wspólnie kandydujących do rady miejskiej. System JOW w wyborach na fotel burmistrza nie ma więc w ogóle tej cechy, która przedstawiana jest jako jego główna zaleta: <strong>bezpośredniości korzystania z prawa do bycia kandydatem</strong>.</p>

<p style="text-align: justify;">Podsumowując, na przykładzie wyborów na burmistrza widać, że większościowy JOW, choćby nawet stanowił tu dość naturalny wybór, ani nie daje wybranemu silnej legitymacji demokratycznej (choć kreuje przynajmniej iluzję jej posiadania poprzez dwustopniowość głosowania), ani nie pozwala na samodzielny start w wyborach. Nie jest to więc system marzeń i należałoby solidnie przemyśleć jego dalsze stosowanie. Z tą świadomością przejdźmy teraz do przyjrzenia się temu, co takiego stało się w czasie ostatnich wyborów samorządowych do Rady Miejskiej Wadowic.</p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Władza jest jedna, opozycja zwykle podzielona</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Zostałem burmistrzem w jednomandatowym okręgu wyborczym i ordynacji większościowej, ale większość w Radzie Miejskiej Wadowic uzyskał komitet wyborczy pokonanej przeze mnie burmistrz Ewy Filipiak. <em>Bywa</em> – ktoś powie. Problem jednak w tym, że <strong>to nie on wygrał głosowanie!</strong> W ten oto sposób manifestuje się podstawowa wada systemu wyborczego zwanego JOW: <strong>premiuje on władzę i to na różne sposoby, gwarantując często zwycięstwo w przegranych wyborach.</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Zacznę jednak od zalet, o których już powyżej wspomniałem. JOW w gminach pozwala zgłaszać się do rady miejskiej pojedynczym kandydatom, osobom spoza partyjnych układów, samodzielnym mścicielom, trybunom ludowym czy aktywistom lokalnym. Tyle teoria, bo w praktyce wygląda to zupełnie inaczej: <strong>ponieważ kandydaci do rady są potrzebni kandydatom na burmistrza, do wyborczej walki stają na ogół komitety partyjne i komitety władzy</strong>.</p>

<p style="text-align: justify;">W Wadowicach nikt nie zgłosił się sam. Wbrew oczekiwaniom popierających JOWy, nie było samotnych aktywistów, trybunów i mścicieli. Jaki stąd wniosek? JOWy do rady miejskiej ułatwiają start na fotel burmistrza, ale bynajmniej <strong>nie stanowią recepty na brak społecznego zaangażowania w politykę</strong>. Ktoś mógłby w tym miejscu argumentować, że opisana wada ma związek z niepełnością mechanizmu JOW na poziomie wyborów na burmistrza: gdyby kandydat na fotel wójta / burmistrza / prezydenta mógł zgłaszać się sam, a nie poprzez grupę kandydatów na radnych, problem w znacznej mierze zostałby rozwiązany, bo lokalne komitety partyjne i władzy nie przejmowałyby niezależnych kandydatów lub nie zabierały tak potrzebnego dla nich miejsca na politycznej scenie. Uważam, że to myślenie naiwne, magiczne.</p>

<p style="text-align: justify;">Podstawową wadą JOWów jest jednak coś innego. W ordynacji większościowej dotychczasowy burmistrz zawsze powiększa swoje przewagi instytucjonalne, związane ze sprawowaniem władzy. Ma on przecież, co do zasady, łatwość w pozyskiwaniu kandydatów do startu, o funduszach i środkach niefinansowych na kampanię nie wspominając (jak choćby zasób gminnych murów i płotów, gdzie wywiesić może swoje plakaty). Komitety opozycji przeciwnie – pomoc im może być bowiem odbierana jako akt wrogości wobec władzy, zwłaszcza, gdy sprawują ją ludzie pokroju tych rządzących przez dwie dekady Wadowicami. Z tych samych powodów mają one również problem w znalezieniu kandydatów do startu we własnych szeregach.</p>

<p style="text-align: justify;">Ordynacja większościowa dokłada do tych przewag “systemowych”, instytucjonalnych kolejną: <strong>o ile władza jest zawsze jedna, opozycję w demokracji cechuje pluralizm, przejawiający się wielością stanowisk w sprawach istotnych, wielością wyborczych propozycji, także personalnych</strong>. Z definicji, w demokracji system większościowy, jednomandatowy prowadzić będzie do preferowania silnych, zwartych ugrupowań i eliminowania stronnictw podzielonych, zróżnicowanych. Nie przez przypadek w krajach, gdzie ordynacja większościowa siłą tradycji nadal trwa (USA, GB), wykształcił się system dwupartyjny, który zawłaszczył całe polityczne spektrum dla siebie. Opozycja grupuje się wokół drugiej, nierządzącej aktualnie partii i czeka na swoją okazję w następnych wyborach. Gdzie tu otwarcie na obywateli i ich inicjatywę?</p>

<div id="attachment_3336" style="width: 514px" class="wp-caption alignleft"><img class="wp-image-3336 size-full" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2015/07/efekt-jowow.png"alt="efekt jowow" width="504" height="504" /><p class="wp-caption-text">Wyborcy w większości nie głosowali w Wadowicach na ludzi Ewy Filipiak (chcieli psa), ale i tak to oni dostali mandaty w Radzie Miejskiej (wybrano kota).</p></div>

<div style="clear: both;"></div>

<p style="text-align: justify;"><strong>Efekt JOWu: większość chce psa, ale wygrywa kot</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Przechodząc na grunt lokalny, w kadencji 2010-14, ostatniej, w której obowiązywała ordynacja proporcjonalna i okręgi wielomandatowe, opozycja wobec dotychczasowej władzy posiadała w Radzie Miejskiej <strong>6 głosów</strong>. 2 mandaty pochodziły z listy SLD, które to ugrupowanie tradycyjnie wystawiało w wyborach swoich kandydatów we wszystkich 4 okręgach wyborczych. Pozostałe 4 osoby to uczestnicy list układanych przez władzę, którzy znaleźli się na nich z różnych powodów. Byłem w tej właśnie grupie. Kandydaci ci korzystali z faktu, że w obowiązującej dotychczas ordynacji premiowane były te komitety, które maksymalne zapełniały swoje listy. Brano każdego, kto tylko mógł przyciągnąć dodatkowe głosy, aż do wyczerpania limitu (dwukrotność mandatów do uzyskania w okręgu).</p>

<p style="text-align: justify;">Grupa opozycyjna byłaby pewnie jeszcze większa, gdyby w wyborach startowało kolejne ugrupowanie opozycyjne, inne niż SLD. Tutaj jednak pojawiły się ograniczenia organizacyjne – nie istniał lider, który mógłby nim pokierować, trudno było znaleźć kandydatów na listy. Wiem to, bowiem sam w 2010 roku takie ugrupowanie chciałem wówczas <em>ad hoc</em> stworzyć.</p>

<p style="text-align: justify;">W 2014 sytuacja była już zgoła inna. W wyniku mojego konsekwentnego działania do wyborów wystartowały już dwa nowe, zorganizowane środowiska opozycyjne: <em>Inicjatywa Wolne Wadowice</em> ze mną na czele oraz stworzony przez parę ówczesnych starostów <em>Nowoczesny Samorząd</em>. Komitety te obsadziły kandydatami niemal wszystkie okręgi wyborcze (20 na 21), które to były już JOWami i powstały zamiast 4 okręgów wielomandatowych. W 16 okręgach swoich radnych zgłosił SLD , w 4 okręgach pojawili się również kandydaci z ramienia PSL.</p>

<p style="text-align: justify;">Dotychczasowa burmistrz i jej komitet <em>Wspólny Dom</em> zgłosili kandydatów we wszystkich okręgach wyborczych. Kandydatów tych mieli zresztą nadmiar. To oraz próba taktycznego rozegrania opozycji i odebrania jej głosów spowodowało, że burmistrz w 5 okręgach zgłosiła również słabych, nie mających większych szans kandydatów z PO. Nieco inaczej wyglądała sprawa listy PiS, z którego to ugrupowania wystawiono kandydatów w 2 okręgach. Byli to sprawdzeni ludzie władzy, którzy rywalizowali z innymi jej kandydatami. Mogę jedynie domyślać się, że było to wynikiem sporów personalnych, gdzie w grę wchodziły ambicje liderów poszczególnych środowisk wiejskich (taka sytuacja miała miejsce tylko na wsiach). Choć takie posunięcie wydawało się błędem, podzielona w tych okręgach opozycja (jak i w innych) nie zdołała go wykorzystać.</p>

<p style="text-align: justify;"><span style="text-decoration: underline;">Obecny skład Rady Miejskiej wygląda tak:</span></p>

<p style="text-align: justify;"><em>Wspólny Dom</em> – 15 mandatów, PiS – 1 mandat,</p>

<p style="text-align: justify;">PSL – 1 mandat</p>

<p style="text-align: justify;"><em>Nowoczesny Samorząd</em> – 3 mandaty, <em>Wolne Wadowice</em> – 1 mandat</p>

<p style="text-align: justify;">Jak widać, środowisko <em>Wspólnego Domu</em> posiada 80% głosów w Radzie. W stosunku do kadencji 2010-14 zmieniło się niby niewiele: opozycja nie ma już 6 głosów, tylko 5 (w rzeczywistości 4, bo kandydat PSL jest sołtysem i członkiem środowiska poprzedniej burmistrz). Ale coś innego rzuca się w oczy: <strong>o ile poprzedni skład Rady Miejskiej był wynikiem zwycięstwa obozu władzy, o tyle teraz wybory wygrała opozycja!</strong> Tak, szanowni czytelnicy, w znakomitej większości z 21 okręgów wyborczych większość wyborców poparła kandydatów wysuniętych przez inne ugrupowania, niż te powiązane z władzą.</p>

<p style="text-align: justify;"><span style="text-decoration: underline;">Oto, jak wyglądały wyniki głosowania w roku 2010:</span></p>

<p style="text-align: justify;">Wspólny Dom (37%), PiS (29%), PO (22%) = 88%</p>

<p style="text-align: justify;">SLD 12%</p>

<p style="text-align: justify;">Nawet uwzględniając to, że część głosów <em>Wspólnego Domu</em> i PO padło na kandydatów opozycyjnych, którzy znajdowali się na listach tych ugrupowań z powodów już wcześniej wyjaśnionych, skład Rady Miejskiej dość dobrze oddawał przebieg głosowania: burmistrz miała w Radzie 71% (15/21 miejsc) mandatów, zdobywając 88% głosów wyborców w wyborach. W 2014 roku było jednak inaczej.</p>

<p style="text-align: justify;"><span style="text-decoration: underline;">Oto, jak procentowo wyglądają wyniki głosowania wyborców w 2010 roku:</span></p>

<p style="text-align: justify;"><em>Wspólny Dom</em> 38 % + PO 4% + PiS 2% + PSL 5% = 49%</p>

<p style="text-align: justify;">PSL zaliczyłem do grona środowiska władzy, gdyż <em>de facto</em> kandydatami tej partii byli ludzie w jakiś sposób wywodzących się z niego. Zresztą, jedyny kandydat, który otrzymał mandat (sołtys Wysokiej) głosuje niemal dokładnie tak, jak <em>Wspólny Dom</em>. Tymczasem opozycja otrzymała:</p>

<p style="text-align: justify;"><em>Nowoczesny Samorząd</em> 22% + <em>Wolne Wadowice</em> 22% + SLD 7% = 51 %</p>

<p style="text-align: justify;">Opozycja dla <em>Wspólnego Domu</em> i jego satelitów wygrała więc głosowanie. Więcej, w niektórych okręgach wyborczych <strong>na kandydatów opozycji padło 60% i więcej głosów</strong>, ale to <em>Wspólny Dom</em> otrzymywał mandat. Jest to oczywiście prosta i bezpośrednia konsekwencja ordynacji większościowej i jednomandatowych okręgów wyborczych – kto dostaje nawet 1 głos więcej, zostaje zwycięzcą. Problem w tym, że głos 50-60% wyborców przepada i nie jest reprezentowany w wynikach wyborów.</p>

<p style="text-align: justify;">Paweł Kukuz i jego woJOWnicy uważają, że ordynacja jednomandatowa wzmocni więź wyborców z kandydatami, którzy wybierani są bezpośrednio. Jest jednak oczywiste, że raczej tę więź osłabi, bowiem często większość wyborców nie będzie miała nic wspólnego z kandydatem otrzymującym mandat, z racji opisanych ograniczeń ordynacji większościowej.</p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Więcej efektu JOW: władza traci poparcie i zyskuje mandaty</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Porównując wyniki głosowania i podziału mandatów w wyborach w 2010 i 2014 widać, kogo wzmacnia ordynacja większościowa i JOWy. W 2010 roku <strong>ludzie Ewy Filipiak zdobyli 88% głosów wyborców i otrzymali 71% mandatów w Radzie</strong> (ta ostatnia liczba jest zaniżona w stosunku do rzeczywiście otrzymanej, bo jak wspomniałem, część z mandatów objęli opozycjoniści, ale startujący z list władzy, wśród nich również ja sam). W 2014 roku listy układane w gabinecie Filipiak <strong>otrzymały 49% głosów wyborców, co przełożyło się na… 80% mandatów w Radzie!</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Zatem, <strong>39% spadek poparcia wyborców i tak doprowadził do 9% wzrostu liczby uzyskanych mandatów! </strong></p>

<p style="text-align: justify;">Czy muszę dodawać, że gdyby w wyborach 2014 roku zachować dotychczasowe reguły gry, tj. okręgi wielomandatowe oraz proporcjonalną ordynacją, środowiska opozycyjne i <em>Wspólny Dom</em> podzieliłyby się składem Rady Miejskiej mniej więcej po równo? Byłaby to sytuacja o wiele zdrowsza dla demokracji, a dla Wadowic korzystna, wszak w zarządzaniu miastem uczestniczyłyby zróżnicowane środowiska polityczne. Dziś w Radzie Miejskiej dominują komendanci OSP, sołtysi oraz emerytowani nauczyciele i to interesy tych środowisk mają szansę na realizację, ze szkodą dla innych. Polityka!</p>

<p style="text-align: justify;"><strong>W 2018 roku 100% miejsc w Radzie Miejskiej</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Patrząc więc na nasze lokalne podwórko, nie ma najmniejszych wątpliwości, że JOW są bardzo szkodliwym rozwiązaniem. Jedynym pozytywnym następstwem wprowadzenia tego sytemu jest możliwość bezpośredniego zgłaszania się kandydatów. Ale ponieważ w wyborach na wójta i burmistrza bezpośredniość ta jest nadal wyłączona (wójta zgłosić może tylko komitet, który zgłasza radnych w minimum połowie okręgów wyborczych), z możliwości tej prawie nikt nie korzysta.</p>

<p style="text-align: justify;">Znane są już systemy głosowania, które rozbijają dominację list partyjnych, a jednocześnie nie wypaczają wyników głosowania na korzyść władzy (na przykład systemu głosu przechodniego). To w ich kierunku należy zmieniać nasz system wyborczy. Tymczasem mamy referendum w sprawie JOW. Jestem zdecydowanie na NIE.</p>

<p style="text-align: justify;">Wracając do Wadowic, w 2018 roku obecny burmistrz będzie miał dużą łatwość w pozyskaniu do swojego komitetu kandydatów mocnych w miejscowościach stanowiących okręgi wyborcze naszej wiejsko-miejskiej gminy. Opozycja wystąpi podzielona, tworzyć ją będą m.in. „z musu” komitety partyjne, którym centrale nakazują start w wyborach. Mechanizm JOW zrobi resztę.</p>

<p style="text-align: justify;">Jak podają agencje, w Kutnie komitet prezydenta uzyskał 38,66 % poparcia, co dało mu 100% miejsc w radzie miejskiej. Ku takiej “demokracji” właśnie zmierzamy. Z Kukizem pod rękę.</p>

<a href="http://mateuszklinowski.pl/2015/07/29/jowy-w-wadowicach-przestrogi-lokalne-przed-referendum-krajowym/?utm_source=rss&utm_medium=rss&utm_campaign=jowy-w-wadowicach-przestrogi-lokalne-przed-referendum-krajowym"class='bbc_url' rel='nofollow external'>Źródło</a>

Mateusz Klinowski

<p><img class="alignleft wp-image-3327" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2015/07/IMG_4212.jpg"alt="IMG_4212" width="598" height="449" /></p>

<p style="text-align: justify;"><em>Wprowadzenie JOW-ów do Sejmu mogłoby być końcem realnej demokracji w Polsce</em> – dr Rafał Chwedoruk</p>

<p style="text-align: justify;">We wrześniu odbędzie się referendum za zmianą ordynacji wyborczej. W akcie desperacji ogłosił je ustępujący prezydent Komorowski. Ogłupione telewizją, wódką i kiełbasą społeczeństwo ma historyczną szansę opowiedzieć się za jednomandatowymi okręgami wyborczymi (JOW), promowanymi przez Pawła Kukiza i jego śmiały ruch. Warto spojrzeć na wydarzenia z ostatnich wyborów w Wadowicach, aby zrozumieć, jak bardzo niebezpiecznym pomysłem są JOWy. Oto garść moich spostrzeżeń.</p>

<p style="text-align: justify;"><strong>JOWy w wyborach na burmistrza</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Zostałem burmistrzem Wadowic: wybranym w jednomandatowym okręgu wyborczym, pośród trzech kandydatów, w dwóch turach, uzyskawszy poparcie zdecydowanej większości (głosującego) elektoratu. Zatem uważam, że jednomandatowe okręgi wyborcze sprawdzają się znakomicie? Niezupełnie.</p>

<p style="text-align: justify;">Zacznijmy od tego, że jest to ordynacja dość naturalna w sytuacji, kiedy w wyborach obsadzane jest <strong>tylko jedno miejsce</strong> – mandat burmistrza. Ale wtedy, kiedy do obsadzenia mamy kilka mandatów w wybieranym ciele kolegialnym (rada miejska, parlament), większościowa ordynacja jednomandatowa już takim oczywistym wyborem nie jest.</p>

<p style="text-align: justify;">Po drugie, wyobraźmy sobie, że frekwencja w wyborach na stanowisko Burmistrza Wadowic nie wynosiła 47%, lecz na przykład jedynie… 30%. Jeżeli jeden z kandydatów już w I turze otrzymałby 50% + 1 głosów, mielibyśmy burmistrza z 15% poparciem elektoratu. Nie wygląda to już tak ciekawie, prawda? Na szczęście wybory na stanowisko burmistrza (jak również prezydenta kraju) przebiegają dwustopniowo, co <strong>pozwala stwarzać iluzję demokratycznej legitymacji</strong>. Ale to tylko iluzja, bowiem wymienione właśnie stanowiska obsadzane są zwykle przez mniejszość.</p>

<p style="text-align: justify;">I tak, w I turze poparło mnie 17% wyborców gminy (5 323 z 30 527 uprawnionych do głosowania mieszkańców). W II turze liczba ta wzrosła i wynosiła już 27%, jednak nadal była ona daleka od uzyskania większości. Mimo to, druga tura daje poczucie posiadania legitymacji – wszak <strong>mój wybór dokonał się głosami 57% uczestników głosowania.</strong> Iluzja czy nie, nie mamy z nią do czynienia tam, gdzie dwustopniowości brak i wyborca nie ma szans wskazania preferowanego kandydata spośród dwóch z najlepszymi wynikami z pierwszej tury. A tak właśnie jest w przypadku wyborów parlamentarnych czy do rady miejskiej, o ile odbywałyby się one w okręgach jednomandatowych.</p>

<p style="text-align: justify;">Wybory na burmistrza obciąża jednak znacznie poważniejsza wada, o której najczęściej wspomina Paweł Kukiz, postulując swoje JOWy: ograniczenie korzystania z biernego prawa wyborczego. Ażeby zostać burmistrzem, <strong>trzeba zarejestrować kandydatów na radnych w przynajmniej połowie okręgów wyborczych w gminie</strong>. Istotnie, za sprawą wprowadzenia w wyborach do rady miejskiej jednomandatowych okręgów wyborczych, liczba koniecznych do rejestracji kandydatów spadła o połowę – do 21 osób. <a href="http://mateuszklinowski.pl/2014/08/28/nie-palcie-komitetow-zakladajcie-wlasne">Pisałemo tym przed wyborami samorządowymi</a>, wskazując to jako zaletę nowej ordynacji wyborczej do rad miejskich. Jednak, start w wyborach od kandydata na burmistrza nadal wymaga sporej grupy ludzi – wspólnie kandydujących do rady miejskiej. System JOW w wyborach na fotel burmistrza nie ma więc w ogóle tej cechy, która przedstawiana jest jako jego główna zaleta: <strong>bezpośredniości korzystania z prawa do bycia kandydatem</strong>.</p>

<p style="text-align: justify;">Podsumowując, na przykładzie wyborów na burmistrza widać, że większościowy JOW, choćby nawet stanowił tu dość naturalny wybór, ani nie daje wybranemu silnej legitymacji demokratycznej (choć kreuje przynajmniej iluzję jej posiadania poprzez dwustopniowość głosowania), ani nie pozwala na samodzielny start w wyborach. Nie jest to więc system marzeń i należałoby solidnie przemyśleć jego dalsze stosowanie. Z tą świadomością przejdźmy teraz do przyjrzenia się temu, co takiego stało się w czasie ostatnich wyborów samorządowych do Rady Miejskiej Wadowic.</p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Władza jest jedna, opozycja zwykle podzielona</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Zostałem burmistrzem w jednomandatowym okręgu wyborczym i ordynacji większościowej, ale większość w Radzie Miejskiej Wadowic uzyskał komitet wyborczy pokonanej przeze mnie burmistrz Ewy Filipiak. <em>Bywa</em> – ktoś powie. Problem jednak w tym, że <strong>to nie on wygrał głosowanie!</strong> W ten oto sposób manifestuje się podstawowa wada systemu wyborczego zwanego JOW: <strong>premiuje on władzę i to na różne sposoby, gwarantując często zwycięstwo w przegranych wyborach.</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Zacznę jednak od zalet, o których już powyżej wspomniałem. JOW w gminach pozwala zgłaszać się do rady miejskiej pojedynczym kandydatom, osobom spoza partyjnych układów, samodzielnym mścicielom, trybunom ludowym czy aktywistom lokalnym. Tyle teoria, bo w praktyce wygląda to zupełnie inaczej: <strong>ponieważ kandydaci do rady są potrzebni kandydatom na burmistrza, do wyborczej walki stają na ogół komitety partyjne i komitety władzy</strong>.</p>

<p style="text-align: justify;">W Wadowicach nikt nie zgłosił się sam. Wbrew oczekiwaniom popierających JOWy, nie było samotnych aktywistów, trybunów i mścicieli. Jaki stąd wniosek? JOWy do rady miejskiej ułatwiają start na fotel burmistrza, ale bynajmniej <strong>nie stanowią recepty na brak społecznego zaangażowania w politykę</strong>. Ktoś mógłby w tym miejscu argumentować, że opisana wada ma związek z niepełnością mechanizmu JOW na poziomie wyborów na burmistrza: gdyby kandydat na fotel wójta / burmistrza / prezydenta mógł zgłaszać się sam, a nie poprzez grupę kandydatów na radnych, problem w znacznej mierze zostałby rozwiązany, bo lokalne komitety partyjne i władzy nie przejmowałyby niezależnych kandydatów lub nie zabierały tak potrzebnego dla nich miejsca na politycznej scenie. Uważam, że to myślenie naiwne, magiczne.</p>

<p style="text-align: justify;">Podstawową wadą JOWów jest jednak coś innego. W ordynacji większościowej dotychczasowy burmistrz zawsze powiększa swoje przewagi instytucjonalne, związane ze sprawowaniem władzy. Ma on przecież, co do zasady, łatwość w pozyskiwaniu kandydatów do startu, o funduszach i środkach niefinansowych na kampanię nie wspominając (jak choćby zasób gminnych murów i płotów, gdzie wywiesić może swoje plakaty). Komitety opozycji przeciwnie – pomoc im może być bowiem odbierana jako akt wrogości wobec władzy, zwłaszcza, gdy sprawują ją ludzie pokroju tych rządzących przez dwie dekady Wadowicami. Z tych samych powodów mają one również problem w znalezieniu kandydatów do startu we własnych szeregach.</p>

<p style="text-align: justify;">Ordynacja większościowa dokłada do tych przewag “systemowych”, instytucjonalnych kolejną: <strong>o ile władza jest zawsze jedna, opozycję w demokracji cechuje pluralizm, przejawiający się wielością stanowisk w sprawach istotnych, wielością wyborczych propozycji, także personalnych</strong>. Z definicji, w demokracji system większościowy, jednomandatowy prowadzić będzie do preferowania silnych, zwartych ugrupowań i eliminowania stronnictw podzielonych, zróżnicowanych. Nie przez przypadek w krajach, gdzie ordynacja większościowa siłą tradycji nadal trwa (USA, GB), wykształcił się system dwupartyjny, który zawłaszczył całe polityczne spektrum dla siebie. Opozycja grupuje się wokół drugiej, nierządzącej aktualnie partii i czeka na swoją okazję w następnych wyborach. Gdzie tu otwarcie na obywateli i ich inicjatywę?</p>

<figure id="attachment_3336" style="width: 504px" class="wp-caption alignleft"><img class="wp-image-3336 size-full" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2015/07/efekt-jowow.png"alt="efekt jowow" width="504" height="504" /><figcaption class="wp-caption-text">Wyborcy w większości nie głosowali w Wadowicach na ludzi Ewy Filipiak (chcieli psa), ale i tak to oni dostali mandaty w Radzie Miejskiej (wybrano kota).</figcaption></figure>

<div style="clear: both;"></div>

<p style="text-align: justify;"><strong>Efekt JOWu: większość chce psa, ale wygrywa kot</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Przechodząc na grunt lokalny, w kadencji 2010-14, ostatniej, w której obowiązywała ordynacja proporcjonalna i okręgi wielomandatowe, opozycja wobec dotychczasowej władzy posiadała w Radzie Miejskiej <strong>6 głosów</strong>. 2 mandaty pochodziły z listy SLD, które to ugrupowanie tradycyjnie wystawiało w wyborach swoich kandydatów we wszystkich 4 okręgach wyborczych. Pozostałe 4 osoby to uczestnicy list układanych przez władzę, którzy znaleźli się na nich z różnych powodów. Byłem w tej właśnie grupie. Kandydaci ci korzystali z faktu, że w obowiązującej dotychczas ordynacji premiowane były te komitety, które maksymalne zapełniały swoje listy. Brano każdego, kto tylko mógł przyciągnąć dodatkowe głosy, aż do wyczerpania limitu (dwukrotność mandatów do uzyskania w okręgu).</p>

<p style="text-align: justify;">Grupa opozycyjna byłaby pewnie jeszcze większa, gdyby w wyborach startowało kolejne ugrupowanie opozycyjne, inne niż SLD. Tutaj jednak pojawiły się ograniczenia organizacyjne – nie istniał lider, który mógłby nim pokierować, trudno było znaleźć kandydatów na listy. Wiem to, bowiem sam w 2010 roku takie ugrupowanie chciałem wówczas <em>ad hoc</em> stworzyć.</p>

<p style="text-align: justify;">W 2014 sytuacja była już zgoła inna. W wyniku mojego konsekwentnego działania do wyborów wystartowały już dwa nowe, zorganizowane środowiska opozycyjne: <em>Inicjatywa Wolne Wadowice</em> ze mną na czele oraz stworzony przez parę ówczesnych starostów <em>Nowoczesny Samorząd</em>. Komitety te obsadziły kandydatami niemal wszystkie okręgi wyborcze (20 na 21), które to były już JOWami i powstały zamiast 4 okręgów wielomandatowych. W 16 okręgach swoich radnych zgłosił SLD , w 4 okręgach pojawili się również kandydaci z ramienia PSL.</p>

<p style="text-align: justify;">Dotychczasowa burmistrz i jej komitet <em>Wspólny Dom</em> zgłosili kandydatów we wszystkich okręgach wyborczych. Kandydatów tych mieli zresztą nadmiar. To oraz próba taktycznego rozegrania opozycji i odebrania jej głosów spowodowało, że burmistrz w 5 okręgach zgłosiła również słabych, nie mających większych szans kandydatów z PO. Nieco inaczej wyglądała sprawa listy PiS, z którego to ugrupowania wystawiono kandydatów w 2 okręgach. Byli to sprawdzeni ludzie władzy, którzy rywalizowali z innymi jej kandydatami. Mogę jedynie domyślać się, że było to wynikiem sporów personalnych, gdzie w grę wchodziły ambicje liderów poszczególnych środowisk wiejskich (taka sytuacja miała miejsce tylko na wsiach). Choć takie posunięcie wydawało się błędem, podzielona w tych okręgach opozycja (jak i w innych) nie zdołała go wykorzystać.</p>

<p style="text-align: justify;"><span style="text-decoration: underline;">Obecny skład Rady Miejskiej wygląda tak:</span></p>

<p style="text-align: justify;"><em>Wspólny Dom</em> – 15 mandatów, PiS – 1 mandat,</p>

<p style="text-align: justify;">PSL – 1 mandat</p>

<p style="text-align: justify;"><em>Nowoczesny Samorząd</em> – 3 mandaty, <em>Wolne Wadowice</em> – 1 mandat</p>

<p style="text-align: justify;">Jak widać, środowisko <em>Wspólnego Domu</em> posiada 80% głosów w Radzie. W stosunku do kadencji 2010-14 zmieniło się niby niewiele: opozycja nie ma już 6 głosów, tylko 5 (w rzeczywistości 4, bo kandydat PSL jest sołtysem i członkiem środowiska poprzedniej burmistrz). Ale coś innego rzuca się w oczy: <strong>o ile poprzedni skład Rady Miejskiej był wynikiem zwycięstwa obozu władzy, o tyle teraz wybory wygrała opozycja!</strong> Tak, szanowni czytelnicy, w znakomitej większości z 21 okręgów wyborczych większość wyborców poparła kandydatów wysuniętych przez inne ugrupowania, niż te powiązane z władzą.</p>

<p style="text-align: justify;"><span style="text-decoration: underline;">Oto, jak wyglądały wyniki głosowania w roku 2010:</span></p>

<p style="text-align: justify;">Wspólny Dom (37%), PiS (29%), PO (22%) = 88%</p>

<p style="text-align: justify;">SLD 12%</p>

<p style="text-align: justify;">Nawet uwzględniając to, że część głosów <em>Wspólnego Domu</em> i PO padło na kandydatów opozycyjnych, którzy znajdowali się na listach tych ugrupowań z powodów już wcześniej wyjaśnionych, skład Rady Miejskiej dość dobrze oddawał przebieg głosowania: burmistrz miała w Radzie 71% (15/21 miejsc) mandatów, zdobywając 88% głosów wyborców w wyborach. W 2014 roku było jednak inaczej.</p>

<p style="text-align: justify;"><span style="text-decoration: underline;">Oto, jak procentowo wyglądają wyniki głosowania wyborców w 2010 roku:</span></p>

<p style="text-align: justify;"><em>Wspólny Dom</em> 38 % + PO 4% + PiS 2% + PSL 5% = 49%</p>

<p style="text-align: justify;">PSL zaliczyłem do grona środowiska władzy, gdyż <em>de facto</em> kandydatami tej partii byli ludzie w jakiś sposób wywodzących się z niego. Zresztą, jedyny kandydat, który otrzymał mandat (sołtys Wysokiej) głosuje niemal dokładnie tak, jak <em>Wspólny Dom</em>. Tymczasem opozycja otrzymała:</p>

<p style="text-align: justify;"><em>Nowoczesny Samorząd</em> 22% + <em>Wolne Wadowice</em> 22% + SLD 7% = 51 %</p>

<p style="text-align: justify;">Opozycja dla <em>Wspólnego Domu</em> i jego satelitów wygrała więc głosowanie. Więcej, w niektórych okręgach wyborczych <strong>na kandydatów opozycji padło 60% i więcej głosów</strong>, ale to <em>Wspólny Dom</em> otrzymywał mandat. Jest to oczywiście prosta i bezpośrednia konsekwencja ordynacji większościowej i jednomandatowych okręgów wyborczych – kto dostaje nawet 1 głos więcej, zostaje zwycięzcą. Problem w tym, że głos 50-60% wyborców przepada i nie jest reprezentowany w wynikach wyborów.</p>

<p style="text-align: justify;">Paweł Kukuz i jego woJOWnicy uważają, że ordynacja jednomandatowa wzmocni więź wyborców z kandydatami, którzy wybierani są bezpośrednio. Jest jednak oczywiste, że raczej tę więź osłabi, bowiem często większość wyborców nie będzie miała nic wspólnego z kandydatem otrzymującym mandat, z racji opisanych ograniczeń ordynacji większościowej.</p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Więcej efektu JOW: władza traci poparcie i zyskuje mandaty</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Porównując wyniki głosowania i podziału mandatów w wyborach w 2010 i 2014 widać, kogo wzmacnia ordynacja większościowa i JOWy. W 2010 roku <strong>ludzie Ewy Filipiak zdobyli 88% głosów wyborców i otrzymali 71% mandatów w Radzie</strong> (ta ostatnia liczba jest zaniżona w stosunku do rzeczywiście otrzymanej, bo jak wspomniałem, część z mandatów objęli opozycjoniści, ale startujący z list władzy, wśród nich również ja sam). W 2014 roku listy układane w gabinecie Filipiak <strong>otrzymały 49% głosów wyborców, co przełożyło się na… 80% mandatów w Radzie!</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Zatem, <strong>39% spadek poparcia wyborców i tak doprowadził do 9% wzrostu liczby uzyskanych mandatów! </strong></p>

<p style="text-align: justify;">Czy muszę dodawać, że gdyby w wyborach 2014 roku zachować dotychczasowe reguły gry, tj. okręgi wielomandatowe oraz proporcjonalną ordynacją, środowiska opozycyjne i <em>Wspólny Dom</em> podzieliłyby się składem Rady Miejskiej mniej więcej po równo? Byłaby to sytuacja o wiele zdrowsza dla demokracji, a dla Wadowic korzystna, wszak w zarządzaniu miastem uczestniczyłyby zróżnicowane środowiska polityczne. Dziś w Radzie Miejskiej dominują komendanci OSP, sołtysi oraz emerytowani nauczyciele i to interesy tych środowisk mają szansę na realizację, ze szkodą dla innych. Polityka!</p>

<p style="text-align: justify;"><strong>W 2018 roku 100% miejsc w Radzie Miejskiej</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Patrząc więc na nasze lokalne podwórko, nie ma najmniejszych wątpliwości, że JOW są bardzo szkodliwym rozwiązaniem. Jedynym pozytywnym następstwem wprowadzenia tego sytemu jest możliwość bezpośredniego zgłaszania się kandydatów. Ale ponieważ w wyborach na wójta i burmistrza bezpośredniość ta jest nadal wyłączona (wójta zgłosić może tylko komitet, który zgłasza radnych w minimum połowie okręgów wyborczych), z możliwości tej prawie nikt nie korzysta.</p>

<p style="text-align: justify;">Znane są już systemy głosowania, które rozbijają dominację list partyjnych, a jednocześnie nie wypaczają wyników głosowania na korzyść władzy (na przykład systemu głosu przechodniego). To w ich kierunku należy zmieniać nasz system wyborczy. Tymczasem mamy referendum w sprawie JOW. Jestem zdecydowanie na NIE.</p>

<p style="text-align: justify;">Wracając do Wadowic, w 2018 roku obecny burmistrz będzie miał dużą łatwość w pozyskaniu do swojego komitetu kandydatów mocnych w miejscowościach stanowiących okręgi wyborcze naszej wiejsko-miejskiej gminy. Opozycja wystąpi podzielona, tworzyć ją będą m.in. „z musu” komitety partyjne, którym centrale nakazują start w wyborach. Mechanizm JOW zrobi resztę.</p>

<p style="text-align: justify;">Jak podają agencje, w Kutnie komitet prezydenta uzyskał 38,66 % poparcia, co dało mu 100% miejsc w radzie miejskiej. Ku takiej “demokracji” właśnie zmierzamy. Z Kukizem pod rękę.</p>

<a href="http://mateuszklinowski.pl/2015/07/29/jowy-w-wadowicach-przestrogi-lokalne-przed-referendum-krajowym/"class='bbc_url' rel='nofollow external'>Źródło</a>

Mateusz Klinowski

Wprowadzenie JOW-ów do Sejmu mogłoby być końcem realnej demokracji w Polsce – dr Rafał Chwedoruk

We wrześniu odbędzie się referendum za zmianą ordynacji wyborczej. W akcie desperacji ogłosił je ustępujący prezydent Komorowski. Ogłupione telewizją, wódką i kiełbasą społeczeństwo ma historyczną szansę opowiedzieć się za jednomandatowymi okręgami wyborczymi (JOW), promowanymi przez Pawła Kukiza i jego śmiały ruch. Warto spojrzeć na wydarzenia z ostatnich wyborów w Wadowicach, aby zrozumieć, jak bardzo niebezpiecznym pomysłem są JOWy. Oto garść moich spostrzeżeń.

JOWy w wyborach na burmistrza

Zostałem burmistrzem Wadowic: wybranym w jednomandatowym okręgu wyborczym, pośród trzech kandydatów, w dwóch turach, uzyskawszy poparcie zdecydowanej większości (głosującego) elektoratu. Zatem uważam, że jednomandatowe okręgi wyborcze sprawdzają się znakomicie? Niezupełnie.

Zacznijmy od tego, że jest to ordynacja dość naturalna w sytuacji, kiedy w wyborach obsadzane jest tylko jedno miejsce – mandat burmistrza. Ale wtedy, kiedy do obsadzenia mamy kilka mandatów w wybieranym ciele kolegialnym (rada miejska, parlament), większościowa ordynacja jednomandatowa już takim oczywistym wyborem nie jest.

Po drugie, wyobraźmy sobie, że frekwencja w wyborach na stanowisko Burmistrza Wadowic nie wynosiła 47%, lecz na przykład jedynie… 30%. Jeżeli jeden z kandydatów już w I turze otrzymałby 50% + 1 głosów, mielibyśmy burmistrza z 15% poparciem elektoratu. Nie wygląda to już tak ciekawie, prawda? Na szczęście wybory na stanowisko burmistrza (jak również prezydenta kraju) przebiegają dwustopniowo, co pozwala stwarzać iluzję demokratycznej legitymacji. Ale to tylko iluzja, bowiem wymienione właśnie stanowiska obsadzane są zwykle przez mniejszość.

I tak, w I turze poparło mnie 17% wyborców gminy (5 323 z 30 527 uprawnionych do głosowania mieszkańców). W II turze liczba ta wzrosła i wynosiła już 27%, jednak nadal była ona daleka od uzyskania większości. Mimo to, druga tura daje poczucie posiadania legitymacji – wszak mój wybór dokonał się głosami 57% uczestników głosowania. Iluzja czy nie, nie mamy z nią do czynienia tam, gdzie dwustopniowości brak i wyborca nie ma szans wskazania preferowanego kandydata spośród dwóch z najlepszymi wynikami z pierwszej tury. A tak właśnie jest w przypadku wyborów parlamentarnych czy do rady miejskiej, o ile odbywałyby się one w okręgach jednomandatowych.

Wybory na burmistrza obciąża jednak znacznie poważniejsza wada, o której najczęściej wspomina Paweł Kukiz, postulując swoje JOWy: ograniczenie korzystania z biernego prawa wyborczego. Ażeby zostać burmistrzem, trzeba zarejestrować kandydatów na radnych w przynajmniej połowie okręgów wyborczych w gminie. Istotnie, za sprawą wprowadzenia w wyborach do rady miejskiej jednomandatowych okręgów wyborczych, liczba koniecznych do rejestracji kandydatów spadła o połowę – do 21 osób. Pisałem o tym przed wyborami samorządowymi, wskazując to jako zaletę nowej ordynacji wyborczej do rad miejskich. Jednak, start w wyborach od kandydata na burmistrza nadal wymaga sporej grupy ludzi – wspólnie kandydujących do rady miejskiej. System JOW w wyborach na fotel burmistrza nie ma więc w ogóle tej cechy, która przedstawiana jest jako jego główna zaleta: bezpośredniości korzystania z prawa do bycia kandydatem.

Podsumowując, na przykładzie wyborów na burmistrza widać, że większościowy JOW, choćby nawet stanowił tu dość naturalny wybór, ani nie daje wybranemu silnej legitymacji demokratycznej (choć kreuje przynajmniej iluzję jej posiadania poprzez dwustopniowość głosowania), ani nie pozwala na samodzielny start w wyborach. Nie jest to więc system marzeń i należałoby solidnie przemyśleć jego dalsze stosowanie. Z tą świadomością przejdźmy teraz do przyjrzenia się temu, co takiego stało się w czasie ostatnich wyborów samorządowych do Rady Miejskiej Wadowic.

Władza jest jedna, opozycja zwykle podzielona

Zostałem burmistrzem w jednomandatowym okręgu wyborczym i ordynacji większościowej, ale większość w Radzie Miejskiej Wadowic uzyskał komitet wyborczy pokonanej przeze mnie burmistrz Ewy Filipiak. Bywa – ktoś powie. Problem jednak w tym, że to nie on wygrał głosowanie! W ten oto sposób manifestuje się podstawowa wada systemu wyborczego zwanego JOW: premiuje on władzę i to na różne sposoby, gwarantując często zwycięstwo w przegranych wyborach.

Zacznę jednak od zalet, o których już powyżej wspomniałem. JOW w gminach pozwala zgłaszać się do rady miejskiej pojedynczym kandydatom, osobom spoza partyjnych układów, samodzielnym mścicielom, trybunom ludowym czy aktywistom lokalnym. Tyle teoria, bo w praktyce wygląda to zupełnie inaczej: ponieważ kandydaci do rady są potrzebni kandydatom na burmistrza, do wyborczej walki stają na ogół komitety partyjne i komitety władzy.

W Wadowicach nikt nie zgłosił się sam. Wbrew oczekiwaniom popierających JOWy, nie było samotnych aktywistów, trybunów i mścicieli. Jaki stąd wniosek? JOWy do rady miejskiej ułatwiają start na fotel burmistrza, ale bynajmniej nie stanowią recepty na brak społecznego zaangażowania w politykę. Ktoś mógłby w tym miejscu argumentować, że opisana wada ma związek z niepełnością mechanizmu JOW na poziomie wyborów na burmistrza: gdyby kandydat na fotel wójta / burmistrza / prezydenta mógł zgłaszać się sam, a nie poprzez grupę kandydatów na radnych, problem w znacznej mierze zostałby rozwiązany, bo lokalne komitety partyjne i władzy nie przejmowałyby niezależnych kandydatów lub nie zabierały tak potrzebnego dla nich miejsca na politycznej scenie. Uważam, że to myślenie naiwne, magiczne.

Podstawową wadą JOWów jest jednak coś innego. W ordynacji większościowej dotychczasowy burmistrz zawsze powiększa swoje przewagi instytucjonalne, związane ze sprawowaniem władzy. Ma on przecież, co do zasady, łatwość w pozyskiwaniu kandydatów do startu, o funduszach i środkach niefinansowych na kampanię nie wspominając (jak choćby zasób gminnych murów i płotów, gdzie wywiesić może swoje plakaty). Komitety opozycji przeciwnie – pomoc im może być bowiem odbierana jako akt wrogości wobec władzy, zwłaszcza, gdy sprawują ją ludzie pokroju tych rządzących przez dwie dekady Wadowicami. Z tych samych powodów mają one również problem w znalezieniu kandydatów do startu we własnych szeregach.

Ordynacja większościowa dokłada do tych przewag “systemowych”, instytucjonalnych kolejną: o ile władza jest zawsze jedna, opozycję w demokracji cechuje pluralizm, przejawiający się wielością stanowisk w sprawach istotnych, wielością wyborczych propozycji, także personalnych. Z definicji, w demokracji system większościowy, jednomandatowy prowadzić będzie do preferowania silnych, zwartych ugrupowań i eliminowania stronnictw podzielonych, zróżnicowanych. Nie przez przypadek w krajach, gdzie ordynacja większościowa siłą tradycji nadal trwa (USA, GB), wykształcił się system dwupartyjny, który zawłaszczył całe polityczne spektrum dla siebie. Opozycja grupuje się wokół drugiej, nierządzącej aktualnie partii i czeka na swoją okazję w następnych wyborach. Gdzie tu otwarcie na obywateli i ich inicjatywę?

efekt jowowWyborcy w większości nie głosowali w Wadowicach na ludzi Ewy Filipiak (chcieli psa), ale i tak to oni dostali mandaty w Radzie Miejskiej (wybrano kota).

Efekt JOWu: większość chce psa, ale wygrywa kot

Przechodząc na grunt lokalny, w kadencji 2010-14, ostatniej, w której obowiązywała ordynacja proporcjonalna i okręgi wielomandatowe, opozycja wobec dotychczasowej władzy posiadała w Radzie Miejskiej 6 głosów. 2 mandaty pochodziły z listy SLD, które to ugrupowanie tradycyjnie wystawiało w wyborach swoich kandydatów we wszystkich 4 okręgach wyborczych. Pozostałe 4 osoby to uczestnicy list układanych przez władzę, którzy znaleźli się na nich z różnych powodów. Byłem w tej właśnie grupie. Kandydaci ci korzystali z faktu, że w obowiązującej dotychczas ordynacji premiowane były te komitety, które maksymalne zapełniały swoje listy. Brano każdego, kto tylko mógł przyciągnąć dodatkowe głosy, aż do wyczerpania limitu (dwukrotność mandatów do uzyskania w okręgu).

Grupa opozycyjna byłaby pewnie jeszcze większa, gdyby w wyborach startowało kolejne ugrupowanie opozycyjne, inne niż SLD. Tutaj jednak pojawiły się ograniczenia organizacyjne – nie istniał lider, który mógłby nim pokierować, trudno było znaleźć kandydatów na listy. Wiem to, bowiem sam w 2010 roku takie ugrupowanie chciałem wówczas ad hoc stworzyć.

W 2014 sytuacja była już zgoła inna. W wyniku mojego konsekwentnego działania do wyborów wystartowały już dwa nowe, zorganizowane środowiska opozycyjne: Inicjatywa Wolne Wadowice ze mną na czele oraz stworzony przez parę ówczesnych starostów Nowoczesny Samorząd. Komitety te obsadziły kandydatami niemal wszystkie okręgi wyborcze (20 na 21), które to były już JOWami i powstały zamiast 4 okręgów wielomandatowych. W 16 okręgach swoich radnych zgłosił SLD , w 4 okręgach pojawili się również kandydaci z ramienia PSL.

Dotychczasowa burmistrz i jej komitet Wspólny Dom zgłosili kandydatów we wszystkich okręgach wyborczych. Kandydatów tych mieli zresztą nadmiar. To oraz próba taktycznego rozegrania opozycji i odebrania jej głosów spowodowało, że burmistrz w 5 okręgach zgłosiła również słabych, nie mających większych szans kandydatów z PO. Nieco inaczej wyglądała sprawa listy PiS, z którego to ugrupowania wystawiono kandydatów w 2 okręgach. Byli to sprawdzeni ludzie władzy, którzy rywalizowali z innymi jej kandydatami. Mogę jedynie domyślać się, że było to wynikiem sporów personalnych, gdzie w grę wchodziły ambicje liderów poszczególnych środowisk wiejskich (taka sytuacja miała miejsce tylko na wsiach). Choć takie posunięcie wydawało się błędem, podzielona w tych okręgach opozycja (jak i w innych) nie zdołała go wykorzystać.

Obecny skład Rady Miejskiej wygląda tak:

Wspólny Dom – 15 mandatów, PiS – 1 mandat,

PSL – 1 mandat

Nowoczesny Samorząd – 3 mandaty, Wolne Wadowice – 1 mandat

Jak widać, środowisko Wspólnego Domu posiada 80% głosów w Radzie. W stosunku do kadencji 2010-14 zmieniło się niby niewiele: opozycja nie ma już 6 głosów, tylko 5 (w rzeczywistości 4, bo kandydat PSL jest sołtysem i członkiem środowiska poprzedniej burmistrz). Ale coś innego rzuca się w oczy: o ile poprzedni skład Rady Miejskiej był wynikiem zwycięstwa obozu władzy, o tyle teraz wybory wygrała opozycja! Tak, szanowni czytelnicy, w znakomitej większości z 21 okręgów wyborczych większość wyborców poparła kandydatów wysuniętych przez inne ugrupowania, niż te powiązane z władzą.

Oto, jak wyglądały wyniki głosowania w roku 2010:

Wspólny Dom (37%), PiS (29%), PO (22%) = 88%

SLD 12%

Nawet uwzględniając to, że część głosów Wspólnego Domu i PO padło na kandydatów opozycyjnych, którzy znajdowali się na listach tych ugrupowań z powodów już wcześniej wyjaśnionych, skład Rady Miejskiej dość dobrze oddawał przebieg głosowania: burmistrz miała w Radzie 71% (15/21 miejsc) mandatów, zdobywając 88% głosów wyborców w wyborach. W 2014 roku było jednak inaczej.

Oto, jak procentowo wyglądają wyniki głosowania wyborców w 2010 roku:

Wspólny Dom 38 % + PO 4% + PiS 2% + PSL 5% = 49%

PSL zaliczyłem do grona środowiska władzy, gdyż de facto kandydatami tej partii byli ludzie w jakiś sposób wywodzących się z niego. Zresztą, jedyny kandydat, który otrzymał mandat (sołtys Wysokiej) głosuje niemal dokładnie tak, jak Wspólny Dom. Tymczasem opozycja otrzymała:

Nowoczesny Samorząd 22% + Wolne Wadowice 22% + SLD 7% = 51 %

Opozycja dla Wspólnego Domu i jego satelitów wygrała więc głosowanie. Więcej, w niektórych okręgach wyborczych na kandydatów opozycji padło 60% i więcej głosów, ale to Wspólny Dom otrzymywał mandat. Jest to oczywiście prosta i bezpośrednia konsekwencja ordynacji większościowej i jednomandatowych okręgów wyborczych – kto dostaje nawet 1 głos więcej, zostaje zwycięzcą. Problem w tym, że głos 50-60% wyborców przepada i nie jest reprezentowany w wynikach wyborów.

Paweł Kukuz i jego woJOWnicy uważają, że ordynacja jednomandatowa wzmocni więź wyborców z kandydatami, którzy wybierani są bezpośrednio. Jest jednak oczywiste, że raczej tę więź osłabi, bowiem często większość wyborców nie będzie miała nic wspólnego z kandydatem otrzymującym mandat, z racji opisanych ograniczeń ordynacji większościowej.

Więcej efektu JOW: władza traci poparcie i zyskuje mandaty

Porównując wyniki głosowania i podziału mandatów w wyborach w 2010 i 2014 widać, kogo wzmacnia ordynacja większościowa i JOWy. W 2010 roku ludzie Ewy Filipiak zdobyli 88% głosów wyborców i otrzymali 71% mandatów w Radzie (w rzeczywistości zdobyli nieco więcej mandatów, ale część z nich trafiła do opozycjonistów startujący z list władzy, wśród których byłem również ja sam). W 2014 roku listy układane w gabinecie Filipiak otrzymały 49% głosów wyborców, co przełożyło się na… 80% mandatów w Radzie!

Zatem, 39% spadek poparcia wyborców i tak doprowadził do 9% wzrostu liczby uzyskanych mandatów!

Czy muszę dodawać, że gdyby w wyborach 2014 roku zachować dotychczasowe reguły gry, tj. okręgi wielomandatowe oraz proporcjonalną ordynacją, środowiska opozycyjne i Wspólny Dom podzieliłyby się składem Rady Miejskiej mniej więcej po równo? Byłaby to sytuacja o wiele zdrowsza dla demokracji, a dla Wadowic korzystna, wszak w zarządzaniu miastem uczestniczyłyby zróżnicowane środowiska polityczne. Dziś w Radzie Miejskiej dominują komendanci OSP, sołtysi oraz emerytowani nauczyciele i to interesy tych środowisk mają szansę na realizację, ze szkodą dla innych. Polityka!

W 2018 roku 100% miejsc w Radzie Miejskiej

Patrząc więc na nasze lokalne podwórko, nie ma najmniejszych wątpliwości, że JOW są bardzo szkodliwym rozwiązaniem. Jedynym pozytywnym następstwem wprowadzenia tego sytemu jest możliwość bezpośredniego zgłaszania się kandydatów. Ale ponieważ w wyborach na wójta i burmistrza bezpośredniość ta jest nadal wyłączona (wójta zgłosić może tylko komitet, który zgłasza radnych w minimum połowie okręgów wyborczych), z możliwości tej prawie nikt nie korzysta.

Znane są już systemy głosowania, które rozbijają dominację list partyjnych, a jednocześnie nie wypaczają wyników głosowania na korzyść władzy (na przykład system głosu przechodniego). To w ich kierunku należy zmieniać nasz system wyborczy. Tymczasem mamy referendum w sprawie JOW. Jestem zdecydowanie na NIE.

Wracając do Wadowic, w 2018 roku obecny burmistrz będzie miał dużą łatwość w pozyskaniu do swojego komitetu kandydatów mocnych w miejscowościach stanowiących okręgi wyborcze naszej wiejsko-miejskiej gminy. Opozycja wystąpi podzielona, tworzyć ją będą m.in. „z musu” komitety partyjne, którym centrale nakazują start w wyborach. Mechanizm JOW zrobi resztę.

Jak podają agencje, w Kutnie komitet prezydenta uzyskał 38,66 % poparcia, co dało mu 100% miejsc w radzie miejskiej. Ku takiej “demokracji” właśnie zmierzamy.

Z Kukizem pod rękę.


Mateusz Klinowski

<p><img class="alignleft wp-image-3320 " src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2015/05/IMG_4289-1024x768.jpg"alt="" width="601" height="451" /></p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Kampania prezydencka niezbyt mnie grzeje. Ale rozpala emocje innych. Tak innych, że aż odmiennych. Może to brak telewizora, a może nadmiar zajęć. A może po prostu zajmowanie się polityką poważną, samorządową, odwraca moją uwagę od tej niepoważnej – kampanijnej i krotochwilnej?</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Padają pod moim adresem pytania: kogo poprzeć i dlaczego nie poparłem Kukiza, a wręcz wyśmiewałem Mikke? Zacznijmy od tego ostatniego, który niedawno przecież wpadł z wizytą do Wadowic.</p>

<p style="text-align: justify;">Grono słuchaczy miał liczne i oddane, to trzeba przyznać – jak żaden z kandydatów przed nim. Palikot i Grodzka byli happeningiem skierowanym głownie do lokalnych mediów. Komorowski był tylko autobusem, wokół którego kręciły się sprane twarze lokalnej polityki, znane z innych partii i sytuacji. Duda przybył osobiście, ale poruszał się w asyście kordonu partyjnych funkcjonariuszy, stanowiących grono wyznawców. Towarzystwo jeszcze bardziej przerażające i lokalne, niż to spod autobusu.</p>

<p style="text-align: justify;">W przeciwieństwie do nich, Mikke przyciągnął żywych ludzi w miejsce politycznych <em>zombie</em>. Niestety, sam z każdą minutą w zombie się przemieniał, czym część słuchaczy szybko zmęczył. Wśród zmęczonych byłem i ja. Mikke na żywo, wygłaszający mowy programowe, jest po prostu nudny. Staje się ciekawy, gdy kogoś obraża, <em>masakruje</em>, i to na tym, mam wrażenie, buduje swój fenomen. Gdy od <em>masakrowania</em> przechodzi do polityki, mówi banały lub idiotyzmy, a czasem i jedno, i drugie. Niezbyt przystoi to człowiekowi, który podobno kiedyś czytał jakieś książki. Szkopuł w tym, że pochłonięty słowotokiem Mikke nic już chyba nie czyta. Wiele mówiąc o konieczności egzekwowania twardo prawa, z partyzanta prowadził za to obwoźną sprzedaż energetyków. Własnego imienia i bez wymaganego pozwolenia.</p>

<p style="text-align: justify;">Również Kukiz to przede wszystkim obwoźny bazar, nie tyle idei, co chwytliwych haseł. Bezkompromisowy muzyk znany z reklam undergroundowego napoju Pepsi również nadużywa słów kluczy, nieco tylko różnych od leksykonu Mikkego. Jeszcze na długo przed kampanią nasłuchałem się więc o rządach partiokracji, przeplatanych mroczną wizją wszechwładzy WSI, czerwonych świń oraz zdrajców, z ukrytym członkostwem we wszystkich międzynarodówkach, lożach i targowicach świata. Kukiz do Wadowic nie przyjechał, ale jak przystało na tropiciela świńskiej grypy trawiącej demokrację objawił mi się w Wieprzu, całkiem niedaleko. I tutaj wytrzymałem góra 15 minut, poszedłem na Pepsi.</p>

<p style="text-align: justify;">Największym problemem ciasteczkowego kandydata (Cookies) nie był jednak barwny, choć bełkotliwy ton głoszonych haseł, lecz recepta, którą w otoczeniu tych haseł sprzedawał. <a href="http://mateuszklinowski.natemat.pl/31013,okregi-jednomandatowe-nas-nie-zbawia"target="_blank">Mam na myśli postulat JOW</a> (jednomandatowe okręgi wyborcze). Kukiz wypromował JOWy, przekonując do nich przy licznych okazjach. Tymczasem, JOWy pogłębią jedynie wszechwładzę partii politycznych. Doskonale rozumie to tracąca poparcie PO, stąd postulat JOW natychmiast podchwycił Komorowski – obiecując wprowadzić go pod obrady Sejmu. Wygląda na to, że Kukiz, nie po raz pierwszy, sam sobie zrobi wielkie kuku, na zawsze schodząc do pozasejmowego undergroundu.</p>

<p style="text-align: justify;">Jedno jest wszakże warte podkreślenia. Wynik Kukiza dowodzi potencjału niezadowolonych z dotychczasowej polityki państwa oraz kształtującej ją sceny politycznej. Sceny zdominowanej przez mafijne układy partyjne, powiązania z biznesem, wymiarem sprawiedliwości, Kościołem i mediami. Klasy politycznej ludzi miernych, ale ciągle obecnych w telewizji, przed ołtarzami, kształtującymi prawo pod potrzeby konkretnych przedsiębiorstw i grup biznesowych. Klasy zamkniętej na ludzi nowych, chroniącej niejawne powiązania i zależności. Wszyscy mamy tego dość, co w wyborach znalazło swoją personifikację w osobie dość miałkiego i niezbyt lotnego celebryty spoza katalogu polityki.</p>

<p style="text-align: justify;">A teraz Komorowski, odmieniany przez wszystkie przypadki i przedrostki. Nie był z pewnością Prezydentem złym, otoczony przyzwoitymi doradcami ze środowiska dawnej Unii Wolności. Jestem jednak w stanie wymienić tylko jedną inicjatywę Pałacu, która wydawała się mieć znaczenie: reformę prawa samorządowego. Inicjatywę niezrealizowaną – dodajmy. Z kolei nagłaśniane przez „niezależne media” wpadki, w rodzaju wyjścia na krzesło czy „bulu” spod pióra, wydają się tu zupełnie nieistotne. Wielu do tych anegdot przywiązuje jakąś większą wagę, a przecież podobne „wpadki” znaleźć można w przypadku każdego polityka. To zwykła zasłona dymna, zastępowanie dyskusji o polityce wypominaniem bzdetów. Był sołtysem z wąsami, których teraz nie ma, ale podobny styl reprezentuję większość rządzących krajem “reprezentantów narodu” – przaśnych, leśnych, jowialnych. Dowolny z następców będzie przecież kontynuował te intelektualne tradycje.</p>

<p style="text-align: justify;">I tu dochodzimy do sedna. Problemem Komorowskiego, który odbija mu się czkawką – słusznie – w czasie całej kampanii, to fakt, że <strong>reprezentuje on klasę polityczną rządzącą krajem od dwóch dekad</strong>. Jest jej produktem i naczelnym przedstawicielem, i to dlatego pod jego adresem sypią się pytania, będące w istocie oskarżeniem: <em>jak żyć, za ile?</em> Nie ma przy tym znaczenia, że podsuwają je podstawieni działacze PiS, sprytnie torpedując uliczne, “spontaniczne” spacery Prezydenta. W pytaniach tych przebija się przecież głos ludu, jego realne wątpliwości i problemy. Komorowski może przegrać, bo zawiodła cała klasa polityczna – nie tylko PO, ale również PiS, lewica i prawica. Na tym polega w istocie jego dramat.</p>

<p style="text-align: justify;">Inna sprawa to fatalnie prowadzona kampania. Firma PR, która ją organizuje, nie tylko nie stworzyła dla Bronka spójnej propozycji programowej, adresującej problemy Polaków, ale nie przygotowała się nawet na ataki sztabu Dudy. Dominują doraźne chwyty, akcjonizm, gaszenie pożarów. Bul.</p>

<p style="text-align: justify;">Duda. Prowokacyjnie, na długo przed rozpoczęciem kampanii, deklarowałem, że jestem w stanie zagłosować na młodego kandydata PiS, aby pomóc usunąć w cień Jarosława, personifikację polskich demonów politycznych i nie tylko. Duda pokazał się jednak w kampanii jako <em>laleczka Chucky</em> – powtarzając wyuczone gesty, okrągłe deklaracje, podążając na sznurku szefowej kampanii (miejscowa działaczka Szydło), sprawia otwarcie wrażenie produktu, za którym ukrywają się animujący go gracze. Ciężko uzyskać podmiotowość pozując na marionetkę, a jej gesty i grymasy zdradzają animatora.</p>

<p style="text-align: justify;">Na kogo więc głosować? – wracam do początkowego pytania. Mój wybór będzie miał konsekwencje globalne, ale rzutują na niego sprawy lokalne. Stanisława Kotarby, lokalnego kacyka, nie ma już w PO. Sterowana przez niego Ewa Filipiak, była burmistrz Wadowic z ramienia PO, powróciła do PiS. Głos na PO nie jest więc głosem na Kotarbę i Filipiak, którym staje się głosowanie na PiS.</p>

<p style="text-align: justify;">W polityce często nie robimy tego, czego chcemy, lecz to, co robić musimy. Przy okazji tych i wielu innych wyborów.</p>

<p><iframe src="https://www.youtube.com/embed/fOZbrdD8n7E"width="560" height="315" frameborder="0" allowfullscreen="allowfullscreen"></iframe></p>

<a href="http://mateuszklinowski.pl/2015/05/20/glosuje-globalnie-mysle-lokalnie/?utm_source=rss&utm_medium=rss&utm_campaign=glosuje-globalnie-mysle-lokalnie"class='bbc_url' rel='nofollow external'>Źródło</a>

Mateusz Klinowski

<p><img class="alignleft wp-image-3320 " src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2015/05/IMG_4289-1024x768.jpg"alt="" width="601" height="451" /></p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Kampania prezydencka niezbyt mnie grzeje. Ale rozpala emocje innych. Tak innych, że aż odmiennych. Może to brak telewizora, a może nadmiar zajęć. A może po prostu zajmowanie się polityką poważną, samorządową, odwraca moją uwagę od tej niepoważnej – kampanijnej i krotochwilnej?</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Padają pod moim adresem pytania: kogo poprzeć i dlaczego nie poparłem Kukiza, a wręcz wyśmiewałem Mikke? Zacznijmy od tego ostatniego, który niedawno przecież wpadł z wizytą do Wadowic.</p>

<p style="text-align: justify;">Grono słuchaczy miał liczne i oddane, to trzeba przyznać – jak żaden z kandydatów przed nim. Palikot i Grodzka byli happeningiem skierowanym głownie do lokalnych mediów. Komorowski był tylko autobusem, wokół którego kręciły się sprane twarze lokalnej polityki, znane z innych partii i sytuacji. Duda przybył osobiście, ale poruszał się w asyście kordonu partyjnych funkcjonariuszy, stanowiących grono wyznawców. Towarzystwo jeszcze bardziej przerażające i lokalne, niż to spod autobusu.</p>

<p style="text-align: justify;">W przeciwieństwie do nich, Mikke przyciągnął żywych ludzi w miejsce politycznych <em>zombie</em>. Niestety, sam z każdą minutą w zombie się przemieniał, czym część słuchaczy szybko zmęczył. Wśród zmęczonych byłem i ja. Mikke na żywo, wygłaszający mowy programowe, jest po prostu nudny. Staje się ciekawy, gdy kogoś obraża, <em>masakruje</em>, i to na tym, mam wrażenie, buduje swój fenomen. Gdy od <em>masakrowania</em> przechodzi do polityki, mówi banały lub idiotyzmy, a czasem i jedno, i drugie. Niezbyt przystoi to człowiekowi, który podobno kiedyś czytał jakieś książki. Szkopuł w tym, że pochłonięty słowotokiem Mikke nic już chyba nie czyta. Wiele mówiąc o konieczności egzekwowania twardo prawa, z partyzanta prowadził za to obwoźną sprzedaż energetyków. Własnego imienia i bez wymaganego pozwolenia.</p>

<p style="text-align: justify;">Również Kukiz to przede wszystkim obwoźny bazar, nie tyle idei, co chwytliwych haseł. Bezkompromisowy muzyk znany z reklam undergroundowego napoju Pepsi również nadużywa słów kluczy, nieco tylko różnych od leksykonu Mikkego. Jeszcze na długo przed kampanią nasłuchałem się więc o rządach partiokracji, przeplatanych mroczną wizją wszechwładzy WSI, czerwonych świń oraz zdrajców, z ukrytym członkostwem we wszystkich międzynarodówkach, lożach i targowicach świata. Kukiz do Wadowic nie przyjechał, ale jak przystało na tropiciela świńskiej grypy trawiącej demokrację objawił mi się w Wieprzu, całkiem niedaleko. I tutaj wytrzymałem góra 15 minut, poszedłem na Pepsi.</p>

<p style="text-align: justify;">Największym problemem ciasteczkowego kandydata (Cookies) nie był jednak barwny, choć bełkotliwy ton głoszonych haseł, lecz recepta, którą w otoczeniu tych haseł sprzedawał. <a href="http://mateuszklinowski.natemat.pl/31013,okregi-jednomandatowe-nas-nie-zbawia"target="_blank">Mam na myśli postulat JOW</a> (jednomandatowe okręgi wyborcze). Kukiz wypromował JOWy, przekonując do nich przy licznych okazjach. Tymczasem, JOWy pogłębią jedynie wszechwładzę partii politycznych. Doskonale rozumie to tracąca poparcie PO, stąd postulat JOW natychmiast podchwycił Komorowski – obiecując wprowadzić go pod obrady Sejmu. Wygląda na to, że Kukiz, nie po raz pierwszy, sam sobie zrobi wielkie kuku, na zawsze schodząc do pozasejmowego undergroundu.</p>

<p style="text-align: justify;">Jedno jest wszakże warte podkreślenia. Wynik Kukiza dowodzi potencjału niezadowolonych z dotychczasowej polityki państwa oraz kształtującej ją sceny politycznej. Sceny zdominowanej przez mafijne układy partyjne, powiązania z biznesem, wymiarem sprawiedliwości, Kościołem i mediami. Klasy politycznej ludzi miernych, ale ciągle obecnych w telewizji, przed ołtarzami, kształtującymi prawo pod potrzeby konkretnych przedsiębiorstw i grup biznesowych. Klasy zamkniętej na ludzi nowych, chroniącej niejawne powiązania i zależności. Wszyscy mamy tego dość, co w wyborach znalazło swoją personifikację w osobie dość miałkiego i niezbyt lotnego celebryty spoza katalogu polityki.</p>

<p style="text-align: justify;">A teraz Komorowski, odmieniany przez wszystkie przypadki i przedrostki. Nie był z pewnością Prezydentem złym, otoczony przyzwoitymi doradcami ze środowiska dawnej Unii Wolności. Jestem jednak w stanie wymienić tylko jedną inicjatywę Pałacu, która wydawała się mieć znaczenie: reformę prawa samorządowego. Inicjatywę niezrealizowaną – dodajmy. Z kolei nagłaśniane przez „niezależne media” wpadki, w rodzaju wyjścia na krzesło czy „bulu” spod pióra, wydają się tu zupełnie nieistotne. Wielu do tych anegdot przywiązuje jakąś większą wagę, a przecież podobne „wpadki” znaleźć można w przypadku każdego polityka. To zwykła zasłona dymna, zastępowanie dyskusji o polityce wypominaniem bzdetów. Był sołtysem z wąsami, których teraz nie ma, ale podobny styl reprezentuję większość rządzących krajem “reprezentantów narodu” – przaśnych, leśnych, jowialnych. Dowolny z następców będzie przecież kontynuował te intelektualne tradycje.</p>

<p style="text-align: justify;">I tu dochodzimy do sedna. Problemem Komorowskiego, który odbija mu się czkawką – słusznie – w czasie całej kampanii, to fakt, że <strong>reprezentuje on klasę polityczną rządzącą krajem od dwóch dekad</strong>. Jest jej produktem i naczelnym przedstawicielem, i to dlatego pod jego adresem sypią się pytania, będące w istocie oskarżeniem: <em>jak żyć, za ile?</em> Nie ma przy tym znaczenia, że podsuwają je podstawieni działacze PiS, sprytnie torpedując uliczne, “spontaniczne” spacery Prezydenta. W pytaniach tych przebija się przecież głos ludu, jego realne wątpliwości i problemy. Komorowski może przegrać, bo zawiodła cała klasa polityczna – nie tylko PO, ale również PiS, lewica i prawica. Na tym polega w istocie jego dramat.</p>

<p style="text-align: justify;">Inna sprawa to fatalnie prowadzona kampania. Firma PR, która ją organizuje, nie tylko nie stworzyła dla Bronka spójnej propozycji programowej, adresującej problemy Polaków, ale nie przygotowała się nawet na ataki sztabu Dudy. Dominują doraźne chwyty, akcjonizm, gaszenie pożarów. Bul.</p>

<p style="text-align: justify;">Duda. Prowokacyjnie, na długo przed rozpoczęciem kampanii, deklarowałem, że jestem w stanie zagłosować na młodego kandydata PiS, aby pomóc usunąć w cień Jarosława, personifikację polskich demonów politycznych i nie tylko. Duda pokazał się jednak w kampanii jako <em>laleczka Chucky</em> – powtarzając wyuczone gesty, okrągłe deklaracje, podążając na sznurku szefowej kampanii (miejscowa działaczka Szydło), sprawia otwarcie wrażenie produktu, za którym ukrywają się animujący go gracze. Ciężko uzyskać podmiotowość pozując na marionetkę, a jej gesty i grymasy zdradzają animatora.</p>

<p style="text-align: justify;">Na kogo więc głosować? – wracam do początkowego pytania. Mój wybór będzie miał konsekwencje globalne, ale rzutują na niego sprawy lokalne. Stanisława Kotarby, lokalnego kacyka, nie ma już w PO. Sterowana przez niego Ewa Filipiak, była burmistrz Wadowic z ramienia PO, powróciła do PiS. Głos na PO nie jest więc głosem na Kotarbę i Filipiak, którym staje się głosowanie na PiS.</p>

<p style="text-align: justify;">W polityce często nie robimy tego, czego chcemy, lecz to, co robić musimy. Przy okazji tych i wielu innych wyborów.</p>

<p><iframe src="https://www.youtube.com/embed/fOZbrdD8n7E"width="560" height="315" frameborder="0" allowfullscreen="allowfullscreen"></iframe></p>

<a href="http://mateuszklinowski.pl/2015/05/20/glosuje-globalnie-mysle-lokalnie/"class='bbc_url' rel='nofollow external'>Źródło</a>

Mateusz Klinowski

 

Kampania prezydencka niezbyt mnie grzeje. Ale rozpala emocje innych. Tak innych, że aż odmiennych. Może to brak telewizora, a może nadmiar zajęć. A może po prostu zajmowanie się polityką poważną, samorządową, odwraca moją uwagę od tej niepoważnej – kampanijnej i krotochwilnej?

Padają pod moim adresem pytania: kogo poprzeć i dlaczego nie poparłem Kukiza, a wręcz wyśmiewałem Mikke? Zacznijmy od tego ostatniego, który niedawno przecież wpadł z wizytą do Wadowic.

Grono słuchaczy miał liczne i oddane, to trzeba przyznać – jak żaden z kandydatów przed nim. Palikot i Grodzka byli happeningiem skierowanym głownie do lokalnych mediów. Komorowski był tylko autobusem, wokół którego kręciły się sprane twarze lokalnej polityki, znane z innych partii i sytuacji. Duda przybył osobiście, ale poruszał się w asyście kordonu partyjnych funkcjonariuszy, stanowiących grono wyznawców. Towarzystwo jeszcze bardziej przerażające i lokalne, niż to spod autobusu.

W przeciwieństwie do nich, Mikke przyciągnął żywych ludzi w miejsce politycznych zombie. Niestety, sam z każdą minutą w zombie się przemieniał, czym część słuchaczy szybko zmęczył. Wśród zmęczonych byłem i ja. Mikke na żywo, wygłaszający mowy programowe, jest po prostu nudny. Staje się ciekawy, gdy kogoś obraża, masakruje, i to na tym, mam wrażenie, buduje swój fenomen. Gdy od masakrowania przechodzi do polityki, mówi banały lub idiotyzmy, a czasem i jedno, i drugie. Niezbyt przystoi to człowiekowi, który podobno kiedyś czytał jakieś książki. Szkopuł w tym, że pochłonięty słowotokiem Mikke nic już chyba nie czyta. Wiele mówiąc o konieczności egzekwowania twardo prawa, z partyzanta prowadził za to obwoźną sprzedaż energetyków. Własnego imienia i bez wymaganego pozwolenia.

Również Kukiz to przede wszystkim obwoźny bazar, nie tyle idei, co chwytliwych haseł. Bezkompromisowy muzyk znany z reklam undergroundowego napoju Pepsi również nadużywa słów kluczy, nieco tylko różnych od leksykonu Mikkego. Jeszcze na długo przed kampanią nasłuchałem się więc o rządach partiokracji, przeplatanych mroczną wizją wszechwładzy WSI, czerwonych świń oraz zdrajców, z ukrytym członkostwem we wszystkich międzynarodówkach, lożach i targowicach świata. Kukiz do Wadowic nie przyjechał, ale jak przystało na tropiciela świńskiej grypy trawiącej demokrację objawił mi się w Wieprzu, całkiem niedaleko. I tutaj wytrzymałem góra 15 minut, poszedłem na Pepsi.

Największym problemem ciasteczkowego kandydata (Cookies) nie był jednak barwny, choć bełkotliwy ton głoszonych haseł, lecz recepta, którą w otoczeniu tych haseł sprzedawał. Mam na myśli postulat JOW (jednomandatowe okręgi wyborcze). Kukiz wypromował JOWy, przekonując do nich przy licznych okazjach. Tymczasem, JOWy pogłębią jedynie wszechwładzę partii politycznych. Doskonale rozumie to tracąca poparcie PO, stąd postulat JOW natychmiast podchwycił Komorowski – obiecując wprowadzić go pod obrady Sejmu. Wygląda na to, że Kukiz, nie po raz pierwszy, sam sobie zrobi wielkie kuku, na zawsze schodząc do pozasejmowego undergroundu.

Jedno jest wszakże warte podkreślenia. Wynik Kukiza dowodzi potencjału niezadowolonych z dotychczasowej polityki państwa oraz kształtującej ją sceny politycznej. Sceny zdominowanej przez mafijne układy partyjne, powiązania z biznesem, wymiarem sprawiedliwości, Kościołem i mediami. Klasy politycznej ludzi miernych, ale ciągle obecnych w telewizji, przed ołtarzami, kształtującymi prawo pod potrzeby konkretnych przedsiębiorstw i grup biznesowych. Klasy zamkniętej na ludzi nowych, chroniącej niejawne powiązania i zależności. Wszyscy mamy tego dość, co w wyborach znalazło swoją personifikację w osobie dość miałkiego i niezbyt lotnego celebryty spoza katalogu polityki.

A teraz Komorowski, odmieniany przez wszystkie przypadki i przedrostki. Nie był z pewnością Prezydentem złym, otoczony przyzwoitymi doradcami ze środowiska dawnej Unii Wolności. Jestem jednak w stanie wymienić tylko jedną inicjatywę Pałacu, która wydawała się mieć znaczenie: reformę prawa samorządowego. Inicjatywę niezrealizowaną – dodajmy. Z kolei nagłaśniane przez „niezależne media” wpadki, w rodzaju wyjścia na krzesło czy „bulu” spod pióra, wydają się tu zupełnie nieistotne. Wielu do tych anegdot przywiązuje jakąś większą wagę, a przecież podobne „wpadki” znaleźć można w przypadku każdego polityka. To zwykła zasłona dymna, zastępowanie dyskusji o polityce wypominaniem bzdetów. Był sołtysem z wąsami, których teraz nie ma, ale podobny styl reprezentuję większość rządzących krajem “reprezentantów narodu” – przaśnych, leśnych, jowialnych. Dowolny z następców będzie przecież kontynuował te intelektualne tradycje.

I tu dochodzimy do sedna. Problemem Komorowskiego, który odbija mu się czkawką – słusznie – w czasie całej kampanii, to fakt, że reprezentuje on klasę polityczną rządzącą krajem od dwóch dekad. Jest jej produktem i naczelnym przedstawicielem, i to dlatego pod jego adresem sypią się pytania, będące w istocie oskarżeniem: jak żyć, za ile? Nie ma przy tym znaczenia, że podsuwają je podstawieni działacze PiS, sprytnie torpedując uliczne, “spontaniczne” spacery Prezydenta. W pytaniach tych przebija się przecież głos ludu, jego realne wątpliwości i problemy. Komorowski może przegrać, bo zawiodła cała klasa polityczna – nie tylko PO, ale również PiS, lewica i prawica. Na tym polega w istocie jego dramat.

Inna sprawa to fatalnie prowadzona kampania. Firma PR, która ją organizuje, nie tylko nie stworzyła dla Bronka spójnej propozycji programowej, adresującej problemy Polaków, ale nie przygotowała się nawet na ataki sztabu Dudy. Dominują doraźne chwyty, akcjonizm, gaszenie pożarów. Bul.

Duda. Prowokacyjnie, na długo przed rozpoczęciem kampanii, deklarowałem, że jestem w stanie zagłosować na młodego kandydata PiS, aby pomóc usunąć w cień Jarosława, personifikację polskich demonów politycznych i nie tylko. Duda pokazał się jednak w kampanii jako laleczka Chucky – powtarzając wyuczone gesty, okrągłe deklaracje, podążając na sznurku szefowej kampanii (miejscowa działaczka Szydło), sprawia otwarcie wrażenie produktu, za którym ukrywają się animujący go gracze. Ciężko uzyskać podmiotowość pozując na marionetkę, a jej gesty i grymasy zdradzają animatora.

Na kogo więc głosować? – wracam do początkowego pytania. Mój wybór będzie miał konsekwencje globalne, ale rzutują na niego sprawy lokalne. Stanisława Kotarby, lokalnego kacyka, nie ma już w PO. Sterowana przez niego Ewa Filipiak, była burmistrz Wadowic z ramienia PO, powróciła do PiS. Głos na PO nie jest więc głosem na Kotarbę i Filipiak, którym staje się głosowanie na PiS.

W polityce często nie robimy tego, czego chcemy, lecz to, co robić musimy. Przy okazji tych i wielu innych wyborów.


Mateusz Klinowski

<div id="attachment_3266" style="width: 606px" class="wp-caption alignleft"><img class=" wp-image-3266 " alt="simsincity" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2014/12/simsincity.jpg"width="596" height="422" /><p class="wp-caption-text">Jeden z memów z kampanii wyborczej. Zorganizowanie mechanizmów zarządzania miastem jest głównym wyzwaniem pierwszego roku mojego urzędowania.</p></div>

<p style="text-align: justify;">Rzeczywistość polityki miejskiej tym różni się od gry w <em>SimCity</em>, że znikąd wyglądać Godzilli, która wyjdzie zza brzegu ekranu i podepta wszystkie niechciane projekty. W Urzędzie Miejskim latami nie podejmowano wyczekiwanych przez mieszkańców inicjatyw, a nawet zarzucano gotowe projekty rozwiązań (reorganizacja transportu publicznego, uporządkowanie reklam w przestrzeni publicznej). Nie rozwiązano nawet, wydawałoby się, najprostszych spraw (kosze na śmieci, ławki w parku), nie wspominając o tych bardziej skomplikowanych (kanalizacja, ciepłociąg). W zamian pojawiły się nieoczekiwane i nieprzemyślane koncepcje, na które już wydano pieniądze, a których realizacja, o ile by do niej doszło, kosztować ma miliony złotych. Co z nimi teraz zrobić?</p>

<p style="text-align: justify;">Budżet Gminy Wadowice na 2015 rok nie jest moim dziełem, otrzymałem go w spadku od Wielkiej Poprzedniczki. Miałem właściwie tydzień, żeby zaproponować zmiany. W ubiegłym tygodniu przedstawiłem więc Komisji Inicjatyw i Rozwoju Rady Miejskiej autopoprawki do projektu Ewy Filipiak. Komisja miała przebieg wyjątkowy – po raz pierwszy <strong>burmistrz osobiście prezentował projekt budżetu</strong>, po raz pierwszy szczegółowo omawiał zmiany i podawał swoje motywy. Obiecałem radnym, że o wszystkich moich decyzjach, nie tylko tych budżetowych, będą wyczerpująco informowani. Zdominowana przez <em>Wspólny Dom</em> Rada Miejska nie jest już jednak grupą bezradnych i niemych funkcjonariuszy dawnego układu – nowi radni zabierają głos, mają swoje zdanie, zadają pytania. Patologia poprzednich kadencji chyba już nie wróci, to kolejne zwycięstwo naszej demokracji.</p>

<p style="text-align: justify;">W ramach zaproponowanego radnym budżetu zmieściłem <strong>realizację kilku swoich obietnic wyborczych</strong>, jedną nową inwestycję, usunąłem zaś wydatki, których realizacji nie planuję. W czasie kampanii wyborczej obiecywałem, że więcej pieniędzy przekażę na zaniedbywane do tej pory przez władze samorządowe wsie. I odpowiednie zmiany znalazły się w budżecie.</p>

<p style="text-align: justify;"><strong>3 mln zł na drogi wiejskie</strong></p>

<p style="text-align: justify;">W przygotowanym przez Ewę Filipiak budżecie znacząco, bo aż o 26% podniesiono wydatki na drogi wiejskie (z 1.9 mln zł na 2.350 mln). Zdecydowałem się powiększyć tę kwotę <strong>o kolejne 400 tys. zł</strong> – z przeznaczeniem na wydatki majątkowe, a więc budowę dróg, chodników i poboczy. Do tej pory pieniądze na drogi dzielone są wg klucza <em>na mieszkańca</em>, co niestety premiuje duże sołectwa kosztem małych. Zwolennikiem takiego rozwiązania jest przewodniczący Rady Miejskiej, a więc jednocześnie sołtys największej ze wsi. W wyniku takiego podziału, co widać na zamieszczonym wykresie, Chocznia zyskuje ogromną przewagę nad resztą sołectw, łącznie otrzymując więcej, niż dziesięć mniejszych miejscowości razem wziętych. To niestety przekłada się na umacnianie dysproporcji pomiędzy naszymi wioskami, a nie wyrównywanie różnic.</p>

<p style="text-align: justify;"><img class="alignleft wp-image-3279" title="za pomocą: infogr.am" alt="" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2014/12/wydatki-majątkowe-gminy-wadowice-na-drogi.jpg"width="556" height="606" /></p>

<p style="text-align: justify;">Zaproponowałem więc radnym, że w tym roku opracujemy <strong>program budowy dróg, chodników i poboczy</strong>, a więc dokument wskazujący kierunki rozwoju sieci drogowej w całej gminie. Klucz podziału na mieszkańca powinien być tutaj jedynie kryterium pomocniczym, a nie narzędziem umacniania przewagi jednych wsi kosztem drugich. Nie jestem pewien, jaka będzie decyzja radnych, bowiem mam wrażenie, że nie do końca zdają sobie oni sprawę z konsekwencji trwania przy dotychczasowych rozwiązaniach. Tutaj widzę rolę mieszkańców poszczególnych okręgów – to ich zadaniem będzie przekonać członków Rady do wypracowania rozwiązań korzystnych dla wszystkich miejscowości, a nie jedynie tych największych.</p>

<p style="text-align: justify;">Póki co jednak wygląda na to, że głos przewodniczącego Rady Miejskiej waży więcej, niż wszystkich pozostałych radnych.</p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Więcej pieniędzy na sołectwa</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Jestem zwolennikiem partycypacji budżetowej, a wobec niemożliwości zrealizowania od razu projektu budżetu partycypacyjnego, postanowiłem <strong>zwiększyć o 26.600 złotych</strong> kwotę do dyspozycji sołectw. Wsie dostaną aż 3 zł na osobę, co jest zaledwie pierwszym, choć znaczącym krokiem. Więcej pieniędzy skieruję do rad osiedlowych i sołeckich, gdy wspólnie wypracujemy kierunki i zasady ich wydawania. Temu posłużą spotkania, jakie będę organizował w nachodzącym roku. Kwestią do dyskusji jest wyodrębnienie funduszu sołeckiego. Tak czy inaczej, w 2015 roku już <strong>250 tys. zł z budżetu gminy wydawane będzie</strong> zgodnie z wolą rad osiedli i sołectw.</p>

<p><img class="alignleft wp-image-3283" alt="" src="http://mateuszklinowski.pl/wp-content/uploads/2014/12/Sołectwa-2015.jpg"width="674" height="951" /></p>

<p style="text-align: justify;"><strong style="line-height: 1.5em;">Ul. Ulica Mickiewicza wypada z gry</strong></p>

<p style="text-align: justify;">W budżecie znalazło się również <strong>300 tys. zł</strong> na wydatki majątkowe związane z drogami miejskimi. Wyleciało z niego warte ponad 7 mln zł zdanie związane z przebudową ul. Mickiewicza. Projekt przebudowy jest przygotowany, jego główny ciężar to wymiana kanalizacji. Dzisiaj kanalizacja fekalna jest, co powoli staje się wizytówką Wadowic, wpuszczona do kanalizacji burzowej, a ta odprowadzona do płynącej przez miasto Choczenki, która swobodnie wpada sobie do Skawy. Zaraz koło ujścia “oczyszczonych” ścieków z oczyszczalni. Niestety, Mickiewicza nie znalazła się na liście pozycji finansowanych z programu tzw. <em>schetynówek</em>. Istniała teoretyczna szansa, że do programu się jeszcze załapie, ale możliwości rozliczenia zadania były żadne. O wykreśleniu projektu zdecydowałem po zasięgnięciu opinii urzędników odpowiedzialnych za to zadanie.</p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Rezerwa ogólna i powiatowa komenda Policji</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Przy różnych okazjach wyrażałem wątpliwości dotyczące działań Ewy Filipiak wokół nowej komendy Policji w Wadowicach. Burmistrz forsowała jej niekorzystną lokalizację nad Skawą, ustąpiła dopiero po interwencji Wojewody. Dalszej pomocy w budowie siedziby udzielać nie zamierzała. Jednak, jak zapewnił mnie w osobistej rozmowie nowy komendant, gminy, które nie oferują wsparcia w formie finansowania projektów budowlanych, w praktyce wypadają z gry o środki centralne. Dlatego właśnie do projektu budżetu wprowadziłem 300 tys. zł rezerwy ogólnej na to przedsięwzięcie.</p>

<p style="text-align: justify;">Radni wyrażali również zdziwienie, że rezerwa ogólna zawiera jeszcze dodatkowe pół miliona zł. Te środki to garb po poprzedniczce – przeznaczone są one zabezpieczenie możliwych roszczeń wobec gminy, powstałych m.in. w związku z budową słynnej fontanny.</p>

<p><strong>Transmisje obrad Rady Miejskiej</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Kolejna z obietnic wyborczych. Nie mamy na razie technicznych możliwości, aby sami realizować w urzędzie transmisje obrad “na żywo”. Kto zresztą będzie je oglądał, skoro odbywają się one w godzinach pracy naszych mieszkańców? Do budżetu wpisałem więc 20 tys. zł na realizację retransmisji obrad. Wyobrażam sobie je w podobnym kształcie, jak to miało miejsce dotychczas.</p>

<p style="text-align: justify;"><strong style="line-height: 1.5em;">Kosze na śmieci, ławki w parku</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Jak się okazało, w mieście funkcjonuje dosyć sprawny system opróżniania koszy na śmieci. Niestety, nikt nie umieścił samych koszy. Stojącą za tym “filozofię” znamy, była ona przyczyną dwóch demonstracji <em>Inicjatywy Wolne Wadowice </em>w 2012 i 2013 roku. W budżecie zaplanowałem więc <strong>20 tys. zł na zakup i rozmieszczenie koszy na śmieci</strong> na terenie miasta. Kosze zostaną umieszczone w lokalizacjach uzgodnionych w formie konsultacji z mieszkańcami.</p>

<p style="text-align: justify;">W przysłowiowej “szufladzie biurka” zastałem również koncepcję zagospodarowania i przebudowy parku miejskiego. Projekt architektoniczno-budowlany powstały w wyniku jej realizacji <strong>miał kosztować 220 tys. zł</strong>, sama realizacja przebudowy <strong>ponad 5 mln zł</strong>. Sprawa przypomina w ogólnym zarysie rewitalizację rynku – wydajemy niemałe pieniądze na coś, co już istnienie, zamiast zajmować się sprawami leżącymi odłogiem. W mieście nie brakuje niewielkich skwerów pełniących rolę przestrzeni publicznej, których jakość zamierzam poprawić. Park wymaga zabiegów pielęgnacyjnych, ale chyba nie gruntownej przebudowy, a już na pewno nie takim nakładem. Wydałem więc dyspozycje dotyczące utrzymania parku (ma on odzyskać swój klimat i ponownie stanowić miejsce wypoczynku i kontemplacji, a nie tylko obszar wyprowadzania psów przez mieszkańców okolicznych domów) i zaplanowałem zakup ławek, usuniętych – nie wiadomo dlaczego – dwa lata temu przez gminę. W budżecie na ten cel jest <strong>20 tys. zł</strong>.</p>

<p style="text-align: justify;">Ławki w parku i kosze na śmieci w mieście to elementy mojego programu, które mogłem szybko wprowadzić w życie. Na inne przyjdzie jeszcze poczekać, czasem i kilka lat. Nie znaczy to jednak, że nic się w ich sprawie nie dzieje.</p>

<p style="text-align: justify;"><strong>Deficyt budżetowy</strong></p>

<p style="text-align: justify;">Deficyt budżetu będzie mniejszy, niż zakładała Ewa Filipiak. Wynika to przede wszystkim z wyrzucenia z niego realizacji remontu ul. Mickiewicza. Planuję szybko wprowadzić w gminie szereg oszczędności, co powinno przełożyć się na wynik budżetowy. Nie ukrywam jednak, że dość niski deficyt budżetowy stanowi dogodny punkt startu do ostatniej transzy środków UE. Jeżeli moja kadencja zakończy się sukcesem i pozyskamy znaczną ilość środków Unijnych, deficyt budżetu będzie znacznie wyższy, na co również uczuliłem już radnych. Wzrost deficytu nie zawsze jest znakiem czegoś złego, podobnie, jak jego spadek nie zawsze świadczy o dobrym zarządzaniu jednostką budżetową.</p>

<p style="text-align: justify;">Dla przypomnienia, w kampanii wyborczej “zmniejszeniem deficytu” grał starosta, choć raczej trudno twierdzić, że zmniejszony deficyt wynikał ze świetnego zarządzania powiatem. Deficyt zmniejszyła również Ewa Filipiak i to w jeszcze większym niż starosta stopniu: w ciągu 4 lat o jakieś 11.5 mln zł! Ale czy ktokolwiek z nas uważa ją <em>z tej tylko racji </em>za dobrze zarządzającą gminą?</p>

<p style="text-align: justify;"><strong style="line-height: 1.5em;">Jak zarządzać rozwojem miasta?</strong></p>

<p style="text-align: justify;">W ten sposób powracamy do pytania, od którego zacząłem ten wpis. Dość abstrakcyjny projekt przebudowy parku miejskiego ilustruje opisany tam problem: na biurkach urzędników leżą projekty na różnych etapach realizacji, które natychmiast potrzeba ocenić. Skąd się wzięły, czemu służą, jak mają być sfinansowane? Takich analiz nie widać. To raczej “strzały znikąd”, do których dzisiaj nikt się nie przyznaje. <strong>Jednocześnie w UM brakuje komórki zdolnej do całościowej oceny tych dokumentów i rozpoczętych procesów.</strong> Czy powinna nim być nowa grupa urzędników, która w rękach będzie miała całość procesu inwestycyjnego – z jego planowaniem, realizacją i finansowaniem? A może ocena powinna pochodzić z zewnątrz, ze strony społecznego ciała konsultacyjnego, złożonego m.in. z reprezentantów branż architektonicznych i budowlanych, którzy działają na naszym terenie? Wciąż się nad tym zastanawiam i może sami podpowiecie mi tu jakieś rozwiązanie?</p>

<p style="text-align: justify;">Póki co, zawiesiłem realizację części zaplanowanych działań, przynajmniej <strong>do czasu uzyskania opinii potrzebnych w tym przypadku ciał doradczych</strong>. Nie zamierzam bowiem podążać tropem znającej się na wszystkim Poprzedniczki. I tak, nie będzie na razie zmiany planu zagospodarowania przestrzennego dla terenów dawnego <em>Bumar</em>. Wydaje mi się, że wpierw trzeba zastanowić się, w jakim kierunku powinna rozwijać się gmina, a dopiero potem określić nowe warunki zagospodarowania dla tego terenu. Z mojej perspektywy kolejny supermarket nie wchodzi w grę, ale może mieszkańcy i doradzający nam specjaliści będą mieć inne zdanie?</p>

<p style="text-align: justify;">Zastanowienia wymaga również będąca w trakcie realizacji projektu budowlanego koncepcja Centrum Obsługi Ruchu Turystycznego. Projekt kosztuje <strong>ok 440 tys. zł</strong>, a jego realizacja to <strong>wydatek aż 8 mln zł.</strong> Stać nas na niego czy jest on gminie potrzebny? Ja tego nie wiem, ale jak się tego dowiedzieć?</p>

<p style="text-align: justify;">Stosunkowo najprostsza była decyzja o wycofaniu się z wymiany działek z <em>JAF Inwestycje</em> (Anna i Jan Frączek, prowadzący między innymi <em>Restaurację Ogrodowa</em>). Wymiana jest wątpliwa z punktu widzenia gminy, która na razie nie ma w planach budowy żadnej drogi na tym terenie (w tym celu <em>rzekomo</em> pozyskiwano działkę), a <strong>nieruchomość można sprzedać w drodze przetargu</strong>. Oczywiście, o ile dojdziemy do wniosku (znów pytanie – kto? w jakim trybie?), że sprzyja to przyjętym kierunkom rozwoju gminy.</p>

<p style="text-align: justify;"><span style="line-height: 1.5em;">Na koniec sprawa petard, czyli </span><span style="line-height: 1.5em;">sensowność organizowania pokazów sztucznych ogni w Sylwestra. W tym roku pozostawiłem tradycję bez zmian, co oznacza, że o godzinie 19:00 <strong>wystrzelimy w niebo 10 700 zł</strong> i zestresujemy cześć naszych domowych zwierząt, choć podobno ucieszą się dzieci. Czy tych fajerwerków potrzebujemy?</span></p>

<p style="text-align: justify;"><span style="line-height: 1.5em;">PS. Puentą tego wpisu niech będzie to, że właśnie dostałem od firmy Origin mail, a w nim… gra SIMCITY 2000 w prezencie. Niestety, nie mam czasu w nią grać, żyjąc już edycją 2015, i to bez <em>Godzilli</em> na podorędziu.</span></p>

<a href="http://mateuszklinowski.pl/2014/12/27/pierwszy-budzet-wadowic/?utm_source=rss&utm_medium=rss&utm_campaign=pierwszy-budzet-wadowic"class='bbc_url' rel='nofollow external'>Źródło</a>